RADA OD PRZYJACIELA

Dostałem kiedyś od przyjaciela dobrą radę. Udzielił mi tej rady, nie udzielając mi jej, co znaczy, że najzwyczajniej mi powiedział, co mam — a raczej, czego nie mam — robić. To nie była rada na zasadzie: Teraz, kumplu, udzielam ci rady, dobrej rady, możliwe, że najlepszej, więc się skup, uważaj i notuj, a najważniejsze, nigdy o niej nie zapomnij i rzeczywiście z niej korzystaj, kiedy tylko będzie potrzeba, a potrzeba ta może nadarzyć się w najmniej niespodziewanych chwilach, każdego dnia, nawet zaraz, rozumiesz? Po prostu odebrałem ją — te słowa — w kategoriach rady i uświadomiłem sobie, że to najlepsza możliwa rada, jakiej można udzielić, nie tylko mnie, ale każdemu, kogo gniecie życie i cokolwiek, co z życiem związane, wszyscy ci ludzie, sytuacje, nieprzyjemności dnia codziennego, nocne koszmary, niedzielna depresja, jesienna chandra, cokolwiek. Uświadomiłem sobie po czasie, że te słowa są radą; tak, dopiero później je tak skategoryzowałem i wcale tego nie żałuję, a mój przyjaciel, jak możecie się domyślać, wcale tego nie oczekiwał, no ale dobrze się stało, że tak się stało, że tak je zinterpretowałem i mam w zwyczaju od niedawna sobie o nich przypominać, z korzyścią dla siebie, ale i mojego otoczenia.
Słowa te napisał, kiedy opowiedziałem mu, co się u mnie ostatnio wydarzyło, z czym oczywiście było mi ciężko, nawet bardzo, i zapytałem, co w tej sytuacji zrobić. Wtedy padły te magiczne słowa, te otrzeźwiające sześć słów, w odpowiedzi na mój żal, na trud, na gorejącą we mnie bezsilność i przekonanie, że niewiele da się już w pewnej materii zrobić. Z moich wiadomości, bez względu na to, jak zostały sformułowane, wydobywał się jeden tylko dźwięk, jeden wydźwięk: co zrobić co zrobić co zrobić co zrobić co zrobić. A słowa przyjaciela brzmiały tak: Przede wszystkim to się nie zesrać.
To prawda, potem można myśleć, co dalej, ale najpierw… przede wszystkim to się nie zesrać.