MOMENTY TYGODNIA

Najprzyjemniejszy moment w tym tygodniu:
Siedziałem w aucie pod domem, już po treningu, nocą i na ciemnej ulicy, bez presji, że muszę wyjść, bo ktoś na mnie czeka. Byłem zmęczony zmęczeniem z rodzaju przyjemnych, takich, które nie każą mi nic robić. Piłem — a raczej popijałem — lekko gazowaną wodę, a woda po takim wysiłku smakuje jak soczek (dla kogoś, kto nienawidzi pić wody, też), a do tego nie chciało mi się siku — w końcu się wypociłem — więc nic mi nie dokuczało. Wokół gęstniała cisza. Nawet psom nie chciało się szczekać, a kotom miauczeć. Nic nie jechało, nikt nie szedł. W oknach sąsiadów nie paliło się światło. A co najlepsze, padał deszcz. Nie lało, nie siąpiło. Dało się określić rytm kropli uderzających o karoserię, tak że w konsekwencji tego stukania następowała samoistna odpowiedź meridianów czuciowych i rozlegało się przyjemne mrowienie na karku i czubku głowy. Padało tak, że widać było otoczenie, a jednocześnie, gdybym zdecydował się wysiąść, nie miałem obaw, że przemoknę. Chciałem tak przesiedzieć do rana.
Najgorszy moment w tym tygodniu:
Siedziałem wieczorem w pokoju. Nie mogłem opanować mózgu. Wirował sam z siebie. Próbowałem skupić się na pisaniu, ale mózg domagał się kolorowych, zmieniających się szybko obrazków na ekranie podstawionym tuż pod oczy. Pisanie szło boleśnie wolno, po jednym zdaniu, a w porywach po akapicie. Miałem zajęcie, a jednocześnie — choć odpowiedź była prosta — zastanawiałem się, co ze sobą zrobić i czym zająć ręce. Do tego dochodziły mnie myśli o własnej marności, a wraz z nimi pytania, które rażą prądem: Co będzie dalej? Z czym? Z tym i tamtym, ze wszystkim. Chciałem zrobić dużo, a zrobiłem mało. Dużo to jedynie zmarnowałem czasu i nic z tego nie miałem, a potem się tym zadręczałem. Ale tymi rękoma nie dało się pchnąć więcej. A czy będzie się nimi dało pchnąć cokolwiek jutro? A pojutrze?
///
Mam dwa zaległe listy z podróży, nie mogę się zebrać, żeby je przeredagować, ale w końcu je wrzucę.