Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

RODZAJE CIERPLIWOŚCI

Photo by Karim MANJRA on Unsplash

Rodzaje cierpliwości

Rodzajów cierpliwości jest więcej niż trzy, ale w kategorii, którą chciałbym omówić, są trzy — niby bliźniacze (trojacze), ale jednak dwujajowe (trzyjajowe).

Rodzaj pierwszy: Ktoś mówi, że aby do tego czy tego doszło, musi upłynąć tyle a tyle czasu.

Przykład: Czekasz w kolejce u lekarza. Masz wyznaczoną godzinę. Wszystko się opóźnia, jak zawsze, i nie wiesz tak naprawdę, ile musisz jeszcze czekać, ale — i to „ale” jest tu istotne — wiesz, że to kwestia co najwyżej godzin i — co by się nie działo — sprawę zamkniesz dzisiaj. Trochę się nawkurwiasz, ale nazajutrz o tym zapomnisz i wrócisz do życia. Ten rodzaj cierpliwości, jeśli mam się nim wykazać, oceniam na 5, może 6/10.

Rodzaj drugi: Ktoś mówi, że aby do tego czy tego doszło, musi upłynąć tyyyle a tyyyle czasu.

Przykład: Kupiłeś bilet na mecz albo koncert. Jest oczywiście wyznaczona data i godzina, które — ze względu na istotę wydarzenia — nie ulegną zmianie. Czekasz więc miesiąc, może dwa, trzy albo cztery, ale ten dzień w końcu nadchodzi, a ty idziesz na mecz/koncert i potem wracasz do swojego życia. Ten rodzaj cierpliwości, jeśli mam się nim wykazać, oceniam na 8 lub 9/10, ewentualnie 7, jeśli to coś monumentalnego i zaiste wręcz odliczam dni, rwąc kartki z kalendarza.

Rodzaj trzeci: Ktoś mówi, że aby do tego czy tego doszło, musi upłynąć tyyyle a tyyyle czasu, ale nikt nie wie, ile to jest „Tyyyle”.

Przykład: Umawiasz się z kimś, dajmy na to, na styczeń. Do momentu nadejścia stycznia trwałeś dzielnie — w końcu drugi rodzaj cierpliwości sprawuje się u ciebie 9/10 — ale nadszedł luty i nic się nie wydarzyło. Czekasz więc dalej, aż tu zjawia się marzec i otrzymujesz informację, że co ma się wydarzyć, wydarzy się w kwietniu, nie wspominając już o tym, że do stycznia, na który się umawiałeś, minęło pół roku albo i rok. Potem siedzisz, jak na bombie, bo to, co miało być, powinno było zajść najpierw w styczniu, potem w lutym, a potem w marcu i nie masz pewności, czy kwiecień będzie tym miesiącem. Bomba, na której siedzisz, grzeje się pod dupą. Parzy jak czoło diabła między rogami, nie możesz już wysiedzieć i czujesz, że tą bombą w rzeczywistości jesteś ty i to ty wybuchniesz pierwszy. Ale nie możesz. Bo jak wybuchniesz, to zdechniesz i rozpierdolisz w drobny mak tyle miesięcy czekania i starań, tyle siły mentalnej przeznaczonej na czekanie pójdzie na marne, a drugiej szansy nie będzie, nie wspominając o tym — to jest najgorsze — że wcześniej starałeś się o tę szansę miesiącami, a jeszcze wcześniej latami, a jeszcze wcześniej miałeś obiecane to samo, ale gdzie indziej, z czego nic nie wyszło, choć też czekałeś na to latami. Ten rodzaj cierpliwości, jeśli mam się nim wykazać, oceniam na 1 lub 2/10. 2, jeśli ktoś, z kim działam, stara się mimo wszystko zachować jak człowiek. Ale i tak mam ochotę wybuchnąć, a od tego dzielą mnie sekundy, połówki sekund, ćwiartki.

Krótki i osobisty komentarz do trzeciego rodzaju cierpliwości: Właśnie zmagam się z trzecim rodzajem cierpliwości. Noszę żar w żołądku, gorący popiół w gardle i wrzątek między uszami — a wszystko to się we mnie przelewa i miesza. Lepkie, nagrzane błoto osiada na płucach, bo jednak nadal oddycham, za to w łokciach i kolanach mam wyschniętą magmę i to jedynie ona sprawia, że nie macham kończynami na lewo i prawo. To niezwykła tortura, której działanie kładzie się cieniem na resztę życia codziennego. Ale nie tylko. Bogowie, pomóżcie.