Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

ORZESZKI I ŁUPINKI

Photo by Mockup Graphics on Unsplash

Radość z wybuchu fajerwerków zdradza ubóstwo umysłu, ale ten, kto nimi strzela na kilka dni przed sylwestrem, nosi w głowie już chyba tylko wyschnięty orzeszek, za to ten, kto robi to nadal po upływie tygodnia od nowego roku, ma w niej — i to w najlepszym wypadku — jedynie pustą łupinkę.

Omawiając podane zagadnienie, należałoby zacząć od kwestii hałasu. Otóż — jak może cieszyć kogoś wybuch fajerwerków, a zwłaszcza ich huk? Bo z tego, co zauważyłem, wielu przecież kupuje petardy hukowe, które nie błyskają w żadnych kolorach i robią wyłącznie hałas. Buch i koniec, tak znikają w mgnieniu oka ich pieniądze. Miłośnicy takich zabaw duszą w sobie pierwotne instynkty — tak uważam — i dlatego radują się, dosłownie tak jak jaskiniowiec, gdy coś zrobi bach, trach, pach. Niektóre z tych instynktów — z zachowań czy nawyków, które są naturalnym ich pokłosiem — nadal są dobre, takie jak rozglądanie się, by sprawdzić, czy nie ma wokół zagrożenia, ale napawanie się hukiem fajerwerków akurat należy do tych najbardziej zbędnych. Innymi słowy, aby to lepiej zobrazować: Troglodyta zrzuca z góry kamień, żeby usłyszeć łomot, a potem wydać z siebie uhu, uhu, uhu, bo to wspaniała zabawa, znakomita, bo innej nie ma, podczas gdy człowiek bardziej cywilizowany, jakkolwiek myślący, a przynajmniej taki, który jest kolejnym pokoleniem w stosunku do wyżej wspomnianego przykładu mówi: Nie zrzucaj go z tej góry, u jej podnóża może ktoś być, kogo nie widać z tej perspektywy, może ktoś od nas, poza tym wypłoszysz zwierzęta, a wtedy nie będzie co jeść; chodź, zamiast tego opowiem ci, co stało się przed laty z moim kuzynem, którego zmiażdżył kiedyś głaz. Normalny człowiek unika tego rodzaju hałasu, który — jak uczy historia — powinien kojarzyć się nam raczej z niebezpieczeństwem. Ciężko uwierzyć, że ktoś woli niekontrolowany, rozsadzający bębenki hałas, wybuchy jeden za drugim, zamiast spokoju i refleksji nad sobą, nad tym, jak minął rok, nad roznieceniem w sobie postanowienia, co robić, by kolejne 365 dni były lepsze niż poprzednie.

A co w takim razie z „prawdziwymi” fajerwerkami, które — oprócz tego, że robią hałas — rozświetlają nocne niebo tysiącami kolorów? Ktoś może powiedzieć, że to przecież piękne. Może. Ale ów widok traci na swym pięknie, jeśli weźmie się pod uwagę to, że dziesięć razy bardziej niepiękny jest widok setek tysięcy wymarłych ptaków, tych na miejscu, i tych, które umierają na skutek stresu pourazowego, a dzieje się to zaledwie jednej nocy; do tego należałoby doliczyć inne zwierzęta, te, które najzwyczajniej padają w samotności, jak i te, które wybiegają na drogę, powodując dodatkowo inne wypadki. Jakoś z tego „bach”, kiedy samochód wjeżdża w przydrożne drzewo czy rów, nikt się nie cieszy — pewnie dlatego, że człowiek uznaje wyższość swojego gatunku nad innymi, co jest wskazane przy ogólnym rozwoju społeczeństwa (trzeba poczuć się trochę lepszym, żeby mierzyć wyżej), ale niewskazane na poziomie empatii, która rozwija się raczej u jednostek myślących, tych mających wyobraźnię, tych potrafiących chociaż w jakimś stopniu przewidzieć konsekwencje podjętych działań. A jak ktoś ma w domu zwierzęta? Albo inaczej — a jak ktoś ma w domu zwierzęta, a i tak strzela? Ma zwierzęta, więc i trochę — zdawałoby się — miłości dla innego gatunku, ale jednocześnie jej brak, skoro mimowolnie je straszy; żyje zatem w ogromnej hipokryzji swojego rozumu (albo logiki, gdyż ciężko to nazwać „rozumem”). Oczywiście pojawi się cwaniak, który powie, że jak nie potrafię zapewnić swoim podopiecznym bezpiecznego kąta na czas sylwestra, to w ogóle nie powinienem ich mieć. To znaczy, że mam je owinąć kołdrą, jednego i drugiego kota, a następnie wrzucić je w najciemniejszy kąt w domu? Bo co właściwie znaczy „zapewnić im bezpieczeństwo” na czas ogniostrzałów? Przecież są w domu, za zamkniętymi drzwiami — co jeszcze miałbym zrobić? To bzdurne gadanie tych, którzy strzelają, woląc podarować sobie dawkę jaskiniowej radości kosztem samopoczucia psów i kotów. Poza tym tak głęboko myślącego obywatela można by zapytać, co ze zwierzętami niedomowymi? Jak zapewnić im komfort, tym z lasu? Pozakładać im wygłuszające słuchawki? Czy może wyznaczyć im strefę wolną od strzałów, a potem ich o tym poinformować? Może jakiś łoś podpisałby takie zawiadomienie? W końcu, dajmy na to łosie i jelenie, są sprytne, bo wywalczyły sobie wielokilometrowe przejścia przez jezdnię, podczas gdy człowiek ma wyznaczone zazwyczaj kilkumetrowe pasy służące za bezpieczne przejście dla pieszych, nie?

Nie wierzę, że w dobie Internetu — w dobie smartfonów i sztucznej inteligencji — ludzi bawią kolorowe wybuchy. Potrafię sobie wyobrazić, że wcześniej, kiedy tego wszystkiego nie było, fajerwerki mogły być jakąś atrakcją, w końcu te kolory i w ogóle, nie? Nawet dzieci w Hobbitonie cieszyły się, kiedy Gandalf puszczał im fajerwerki — swoją drogą, bardzo ciche — ale oni, poza swoją wyobraźnią, nie mieli na co dzień nic z atrakcyjnych obrazów, a czarodziej i tak się oburzył, kiedy Merry i Pipin, dwóch przygłupów, wystrzelili na pokaz wielkiego smoka z fajerwerków na urodzinach Bilba. Ale dziś? Dziś, kiedy z każdego ekranu wyskakują kolorowe obrazy, które nam się nigdy nawet nie śniły — po co nam fajerwerki? Do tego ich żałosne nagrywanie, uwiecznianie na filmach, których nigdy się potem nie odtworzy? A dlaczego się ich nie obejrzy? Może właśnie dlatego, że na wyciągnięcie ręki jest nieskończenie wiele bardziej interesujących — i kolorowych — treści?

Przyjdzie inny mądrala i zapyta — jak w takim razie uczcić ten dzień? Ja wtedy odpowiem, że — jak chcesz, ale na pewno nie w tak prymitywny sposób. Są fajerwerki, które nie robią hałasu — wystarczy się zainteresować, ale przygłupki wolą głośne łup, łup. łup. Są zimne ognie — o tym wie każdy i to by wystarczyło. Są pokazy dronów, taniec świateł na niebie, o wiele bardziej interesujący, bo czegoś wymaga i pokazuje jakiś kunszt, którego nie podejmie się pierwszy lepszy obywatel, a jeśli odpalać już wiadro fajerwerków, niech tego nie robi pijany janusz, a głównie robią to właśnie ludzie tego pokroju; niech to robią grupy czy inne firmy się w tym specjalizujące, tak jak dawniej — przed wiekami — kiedy odpowiadał za to wyszkolony ogniomistrz, zazwyczaj wojskowy piroman. Ale niestety łatwiej to zagrożenie było skomercjalizować, wrzucając do koszy w supermarketach tony zbędnych fajerwerków, które może kupić dosłownie każdy, często i nieletni.

Ktoś, kto nie bardzo rozumie i mimo wszystko będzie się opowiadał „za” fajerwerkami, powie, że jak będę obrażał tych, co strzelają, to z pewnością nie zmienią zdania. Ale ja odpowiem, że jest różnica między obrażaniem a stwierdzaniem faktycznego stanu rzeczy i zgodzić się mogę jedynie co do tego, że nie zmienię ich zdania, ale to już ich porażka — ich porażka, bo odrzucają rozsądek — a nie moja. Ktoś inny powie, że takie „zakazywanie” jest toksyczne i odbiera wolność. Cóż — ciekawe, że zwracanie uwagi na hałas i strach innych jest „toksyczne”, a robienie hałasu dla własnej frajdy już nie. Ludzie ci nie widzą różnicy między zdroworozsądkowymi regulacjami a zakazami. Idąc tą logiką, jakikolwiek przepis prawny jest zakazem i najlepiej byłoby się go pozbyć, żeby przecież odzyskać wolność (albo, co gorsza, jak wolą niektórzy: niepodległość czy suwerenność). Inny wolnościowiec powie, że pod kołami aut ginie trzydzieści tysięcy zwierząt rocznie, a jakoś nie walczymy — my, ludzie podobnego zdania, co ja — w tej sprawie, tylko wtrącamy się tam, gdzie nam wygodnie. Ale dlaczego nie widzi, że — po pierwsze — manipuluje rozmową, stosując tzw. whataboutism, a po drugie — jeśli już chce, bym mu na to odpowiedział — to jak może być tak ślepy, żeby nie widzieć różnicy między tym, z czego można zrezygnować bez szkody a tym, z czego nie można zrezygnować, bo nie zawsze jest alternatywa?

Na koniec dodam, że jak chcecie oglądać fajerwerki, to po prostu wyjdźcie na zewnątrz — jakiś przygłup jeden z drugim na pewno będzie je odpalał, więc sobie popatrzycie, do tego za darmo, a jak nie, bo wolicie swoje fajerwerki, na które tak bardzo lubicie przepuszczać kasę, wiedzcie, że nikomu tym nie zaimponujecie, bo zawsze będzie ktoś, kto ma większe i lepsze, więc jak odpalicie swoje, to i tak — jakbyście się nie zorientowali — gówno w tym całym zamieszaniu będzie widać.