Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

ZIEMIA TWARDSZA NIŻ CHLEB

Idzie bezdomny Polak przez starówkę w Kristiansand

List 8, Kristiansand -> Sandejford

Mamo,

Noc przebiegła spokojnie, choć nie spało mi się najlepiej. Nie najlepiej, bo nie najwygodniej. Z rana, żeby wynagrodzić sobie nocny trud, zaczęliśmy od plażowania. Na śniadanie plaża, na kolację plaża — tak się powinno żyć. Pewnie gdybym się urodził Latynosem, a i tak niewiele mi do Latynosa brakuje, byłoby to moim mottem, tak czuję. Rehabilitowałem w wodzie kolano i kręgosłup, żałując, że tego samego nie zrobiłem poprzedniego wieczoru, a na brzegu, obrzucony ręcznikami, z rękoma schowanymi w piasek, czekał Maciek i mówił, że nie muszę się nigdzie spieszyć. Śmiałem się z niego, ale to mnie spaliło słońce. Przypiekło szczególnie ramiona. Od tej wody. A w ogóle nie czułem, że mnie bierze. Potem, taki czerwony, chodziłem w koszulce na ramiączka, nie miałem innych, zapodziałem gdzieś dwa czyste T-shirty. Wyglądałem jak bezdomny, do tego jak pijany, ale nie ciężko tak wyglądać, kiedy rzeczywiście, od tylu dni, jest się bezdomnym, mimo że niepijącym.

— To co, wracamy do centrum — powiedział Maciek, idąc po betonie, wzdłuż kei.

Musieliśmy dziś nadgonić drogi, nie mogliśmy sobie pozwolić na pośpiech następnego dnia.

— Maciek, ja zaraz łapię stopa do centrum, bo w tym upale ciężko.

— No, lampa.

I złapałem, ale Maciek był gdzieś daleko przede mną, za zakrętem, więc sytuacji nie widział. Ale gdy facet jadącym busem się zatrzymał, powiedział, że nie może nas zabrać, bo spieszy się na obiad. Na dowód poklepał ręką w paczkowane mięso, które wiózł zapięte pasem na siedzeniu pasażera.

— Okay — burknąłem, myśląc, że to dziwne, że ktoś się zatrzymuje tylko po to, żeby mi powiedzieć, że mnie nie weźmie.

Dotarliśmy pieszo do pierwszego lepszego marketu, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Po zakupach usiedliśmy w cieniu na murku, żeby się pożywić. Zjadłem dwa lody naraz, szczęśliwszy niż kiedykolwiek, a to rzadko mi się zdarza, w sensie to, że jem dwa lody jednocześnie, bo jeden mi nie wystarcza. Maciek, jakby po to, żeby nie czuć się gorszy, wstał i powiedział, że idzie po drugiego, a ja w tym czasie obserwowałem, jak ktoś co i raz podjeżdża na rowerze pod wejście sklepu, aż przyjechała dziewczyna, która zostawiła swój dwukołowiec prosto w drzwiach, ale każdy, kto wychodził, po prostu go omijał i nic sobie z tego nie robił. Na koniec dopchałem się burrito, które kupiłem po drugiej stronie ulicy od wejścia do marketu.

Po takim jedzeniu Maciek znowu musiał iść do kibla. I wydał na to 30 koron! Wszedł do jednej łazienki, ale w środku był tylko urynator, a na nim przecież nie usiądziesz. Musiał więc wydać drugie 15!

— Jak nisko musi upaść społeczeństwo, żeby płacić za załatwianie się — powiedziałem, nie pierwszy raz, ale zawsze tak myślę — i zawsze tak mówię — kiedy trzeba wydawać hajs na kibel. — A taka kwota, Maćku? Z jednej strony to przesada, z drugiej jest to kompletnie zrozumiałe, skoro dupa rządzi światem.

Maciek zgadzał się ze mną całym sobą, szczególnie po tym, czego doświadczył.

Poszliśmy zobaczyć starówkę i największy kościół w Norwegii, który może rzekomo pomieścić nawet 1500 osób. W środku przeważają kolory zieleni. Wszędzie skrzypi. Ławki są twarde, a ich drewno gładkie od dziesiątek tysięcy dłoni. Światło wpada tam przez wysokie, smukłe okna i pada na ławki, na chłodne kolumny i na ołtarz, który sam w sobie wydaje się skromny, prawie pusty. Może gdyby wiernych upchać tu jak śledzi, to by się ich tyle zmieściło, ale ciężko uwierzyć, że to największy kościół w Norwegii. W porównaniu z pierwszym lepszym w Polsce, to każdy pierwszy lepszy kościół w Polsce będzie większy niż ten największy w Norwegii!

Po wyjściu z katedry zajrzeliśmy do Chińczyków. Kupiliśmy u nich magnesy. Potem żałowałem, że nie wziąłem od nich żadnej koszulki, miałbym w czym chodzić, zamiast tej mojej wieśniackiej, a poza tym to nienajgorsza pamiątka. Do tego zostawiłem u nich napój jabłkowy, zimny i sporo. Ale to trzeba mieć zryty łeb! I musiałem zaraz kupować coś do picia na stacji autobusów. Kręcił się po niej śniady żul. Spotkaliśmy się wzrokiem, kiedy wyciągał bułkę z kosza. Ugryzł ją i odłożył z powrotem na kupę śmieci — nie wiem, czy to przez to, że go na tym przyłapałem i się zawstydził, czy nie dało się jej zjeść, bo stwardniała. Wychodząc ze stacji, odwróciłem się i rzuciłem mu paczkę orzeszków. Złapał ją jak zawodowiec. Nie miałem przy sobie nic więcej do jedzenia.

Autobusiarz nie bardzo chciał nas zabrać do Sandefjord. Coś się krzywił. Mówił, że jest mało miejsc, więc Maciek zmuszony był udowodnić mu na apce, że są dwa wolne, a wtedy nie miał wyboru i musiał nam je sprzedać. Nie bardzo wierzyłem, że akurat do Sandefjord będzie jechał tak nabity autobus. I się nie myliłem. Gdy zajęliśmy swoje fotele, autobus był pusty, a po drodze dosiadły się nieliczne osoby, w tym jeden chłopak z laptopem, który usiadł obok mnie i co i raz wymieniał saszetki snusu pod dolną wargą.

Autobus — dwupiętrowy, szerokie siedzenia pokryte skórą, klimatyzacja, dostęp do gniazdek. Czy może być lepiej? Przyjemnie się nim jechało, do tego chłodziłem sobie spieczone barki, przykładając je na zmianę do zimnej szyby. Naprawdę w tej koszulce — i po tylu dniach tułaczki — wyglądałem, jak stary pijany na wakacjach, brakowało tylko plamy po musztardzie w okolicach pępka.

W Sandefjord nie zobaczyliśmy nic oprócz stacji benzynowej, miejsca odjazdu autobusów i supermarketu. Nie kalkulował się dojazd do centrum, więc usiedliśmy na ocienioną ławkę w lasku i pomyśleliśmy, co tu robić.

Ostatecznie zrobiliśmy zakupy i złapałem stopa, który zawiózł nas kawałek poza miasto. Kierowca miał na imię Pete, był pielęgniarzem i jechał akurat do pracy.

— Mogę was zabrać w tę stronę, tak daleko, jak tylko chcecie. Z Polski jesteście? Mam w pracy kilku znajomych Polaków. Bardzo ich lubię.

— Wiesz co, Pete, jakbyś mógł, to skręć zaraz. Myślisz, że uda nam się tu gdzieś przenocować?

— Chyba nie będzie z tym problemu. Tu jest farma, ale kawałek odejdźcie, a jak coś, to najwyżej przemkniecie do lasu.

Tuż za miastem skręciliśmy w lewo. Na jakąś farmę.

— Dzięki, Pete.

— Nie ma problemu. Dobranoc — powiedział po polsku i odjechał.

Maciek znalazł kawałek wykoszonej trawy, a ja mu na to, że idę zapytać gospodarzy, a nuż pozwolą się nam tu rozłożyć. Obszedłem całą posiadłość. Dom mieszkalny i budynki gospodarcze stały w milczeniu, wszystkie w tym samym odcieniu bordowej farby. Zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi, zapukałem i zajrzałem do okien, ale nikogo nie znalazłem, jakby życie zatrzymało się tu nagle i bez wyjaśnień. Tu i ówdzie na zadbanym podwórku stały maszyny rolnicze, ale po człowieku ani śladu, więc odpuściłem i wróciłem do Maćka. Idąc ścieżką prowadzącą do lasu, minęliśmy rodzinę Cyganów, więc — no niestety — przeszło mi przez myśl, by nie dać po sobie poznać, że nosimy się z zamiarem spania w okolicy.

— Trudno, idziemy dalej — zdecydował Maciek.

Znaleźliśmy wykoszoną polankę, najpewniej nadal teren prywatny, ale najgorsze, co mogłoby się w takim przypadku stać, to gdyby ktoś nas stamtąd wyprosił i musielibyśmy się przenieść dalej. Zresztą wyglądało na to, że w najbliższej posiadłości nikogo nie ma.

Rozłożyliśmy się na pasku zieleni. Między dwoma deskami, naprawdę długimi. Spoczywały na cegłach, robiąc za ławki. Wszystko zatem wskazywało na to, że to miejsce na ognisko, tym bardziej, że obok leżał stos drewna, a kilkanaście metrów dalej stał zbiornik z wodą. Maciek przeszedł się kawałek dalej, żeby ewentualnie znaleźć inne miejsce, ale ostatecznie wrócił.

Ostatniej nocy rozkładanie namiotu szło nam najgorzej: śledzie w ogóle nie chciały się wbić w glebę, wchodziły tylko do połowy, a do tego się wykręcały i łamały. Dlaczego? Aż przez chwilę myślałem, że ktoś wylał pod spodem beton, na którym dopiero potem zasiał trawę, żeby mieć równy teraz, ale śledzie nie wchodziły też sto metrów dalej.

— Następnym razem, jak gdzieś ruszymy, może na dłużej, to weźmiemy sobie w połowie wyjazdu jeden nocleg, co? — podzieliłem się pomysłem. — Wypierze się od razu rzeczy i nie trzeba będzie brać ze sobą aż tyle ciuchów, co?

Długo się zeszło z tymi namiotami, a moje nogi ciągle mi mówiły, że mam już się położyć. A nie mogłem! Kusiło mnie, by odmówić sobie wieczornego prysznica i wziąć go rano, tak by być czystym w samolocie, ale jakoś się do tego zmusiłem. Na koniec Maciek kazał przestawiać namioty, co prawda jedynie o kilka metrów, ale jednak! Wyczaił mrówki.

— A nie mogą przejść tych dwóch metrów do nas? — zapytałem, zmęczony sytuacją, tym bardziej, że już wyzbieraliśmy szyszki, a teraz musielibyśmy robić to ponownie.

— No ale zobacz, tu mrówek nie ma — tłumaczył Maciek, a następnie uparł się, żeby wykorzystać sznurki, powiązać je do kamieni i rozstawić tropik, mimo że zakrzywiłem rzeczywistość tak, by nie padało i tej nocy.

Spać jednak nie mogłem — rozłożyłem namiot na lekkim wzniesieniu i ciągle zjeżdżałem na ściankę — ale to już była ostatnia noc na dziko.

Mamo, wygrzebię się jutro z tego buszu — jeszcze nie wiem jak, ale damy radę — i wieczorem się widzimy.

E.W.