PRZEJAZD NA NIELEGALU

List 6, Vossevangen -> Bergen -> Stavanger
Mamo,
Po tym, jak zeszliśmy z góry, stanęliśmy na przystanku autobusowym, chyba najdalej wysuniętym od miasteczka Vossevangen. Tym samym szlakiem zeszły dwie starsze kobiety z kijkami. Maciek do nich zagadał (wcześniej odzywał się jedynie do owiec), żeby dowiedzieć się, czy tu przyjedzie komunikacja miejska, tym bardziej, że przystanek — słupek z obrazkiem autobusu — nazywał się inaczej niż na mapach.
Cóż, przydałaby się pomoc Leszka, ale tym razem byliśmy skazani na autobus. Nie zanosiło się jednak, by jakiś miał tu przyjechać, a z drugiej strony przyświecała nam myśl, że to przecież Norwegia, że tu wszystko ma swoje miejsce i swój porządek, że musi działać i być wydajne.
Norweżki zapewniły, że tak, że tu nie ma innego. Pytały, skąd wracamy o tej porze, a Maciek, że z kabiny, na co jedna z nich, od razu oburzona, powiedziała:
— Tam nie można spać! Wiecie o tym, prawda?
— Tak, tak. Było oznaczenie, mamy namioty. — Pokazał na plecaki leżące przy skrzynkach na listy.
— Uff, to dobrze, bo tam nie można spać — powtórzyła, jakby za koleżankę, która wydawała się niemniej oburzona na myśl, że mogliśmy tak zrobić.
Pamiętaliśmy słowa Mariusza: Norki takie są — mogą podpieprzyć każdego, nawet ojciec odważy się zgłosić na policję syna — jakby tylko na to czekali, by móc wykazać się względem społeczeństwa. Chyba mają to we krwi, co wynika z potrzeby zachowywania ładu na każdym kroku.
Musieliśmy wrócić do Bergen pociągiem, a następnie przesiąść się do autobusu. Wzięliśmy bilety bez rezerwacji miejsc. Każdy tak robi i siada, gdzie chce, a gdy trafi się taki, co zarezerwował konkretne numerki, trzeba się przesiąść. Poza tym nad każdym fotelem jest oznaczenie, że można tu usiąść, choć miejsce to może być wykupione. Bez przesady, żeby za to dopłacać pięćdziesiąt koron. To nie działa tak, jak w Polsce, że jeśli kupisz bilet, możesz całą trasę jechać na stojąco.
— Mamy czterdzieści minut na przesiadkę — zaznaczył Maciek. — Ale dworzec autobusowy jest tuż obok. W Polsce byłby po drugiej stronie miasta i by trzeba było jechać taksówką, inaczej by się nie zdążyło.
— Może i tak — przyznałem, jedząc hot doga w ichniejszej żabce.
Autobusiarzowi, który zmierzał do Stavanger, powiedziałem:
— Chcę zapłacić gotówką.
Zamierzałem się jej pozbyć, a na następny raz, za radą Maćka, obiecałem sobie założyć revoluta.
— Gotówką? — zdziwił się kierowca.
Tu wszyscy z przyzwyczajenia ustawiają na terminalu płatność kartą, więc musiał się zastanowić, jak to w ogóle zrobić.
— Tak, gotówką.
— Gotówką nie.
— Jak to nie? — zapytałem.
Wtedy się zorientował, że według prawa nie może tego odmówić, mimo że większość w Norwegii jej nie używa, czego nie uważam za dobre.
— Poczekajcie chwilę, usiądźcie — powiedział kierowca i wstał.
Na pokładzie zrobiło się jakieś zamieszanie. Przeszedł się między siedzeniami, wyszedł na zewnątrz, z powrotem wszedł. Raz wygonił ciemnoskórych, a zaraz ich zapraszał do środka, też jakby zorientował się, że działa intuicyjnie, a według prawa nie powinien odmawiać przejazdu imigrantom, możliwe, że uprzywilejowanym — tak przynajmniej ja to zinterpretowałem.
Ruszyliśmy z dwuminutowym opóźnieniem.
Norwegowie nie używają gotówki do tego stopnia, że gdy poprosiłem go o taką formę płatności, zaciął mu się terminal i bilety innych, którzy wsiadali po drodze, musiał skanować oczyma. Na trasie czekały nas dwa promy. Kiedy wjechaliśmy na pierwszy, upomniałem się o bilety, tak by potem, jak będziemy dobijać do brzegu, wpuścił nas do autobusu.
Pomyślałem sobie, by nabił je od następnego przystanku — tak robiłem kiedyś, gdy można było kupować bezpośrednio u konduktora bilety na SKM-kę: przepuszczałem wszystkich w kolejce i nabywałem bilet jako ostatni, mówiąc, że proszę „od tego miejsca”.
— Chciałem kupić bilety, proszę pana — zagadałem, a on:
— To jest mój problem, a nie twój. Tak to rozwiążemy.
Mnie to pasowało. Innymi słowy, mogliśmy jechać na gapę, ale legalnie i bez obaw, że zrobiliśmy coś nie tak. Za tak długą trasę nie zapłaciłem nic. A tak przy okazji, jeśli ktoś chce atrakcje typu przepłynięcie się po fiordach, niech kupi bilet na autobus i ma dwa w jednym.
— Mariusz do mnie napisał — odezwałem się do Maćka. — Pyta, gdzie zawędrowaliśmy i czy dajemy radę. Wiesz co, Maćku, ja chyba wystosuję pismo… nie wiem, gdzie, ale to zrobię… o to, żeby imię „Mariusz” było imieniem patrona wszystkich Polaków podróżujących po Norwegii. Co o tym sądzisz?
— Bardzo dobry pomysł.
Na promach jadłem tylko te obrzydliwe, tanie hot dogi, na zmianę z lodami na patyku — nie ma tu nic innego, raz kupiłem hamburgera, ale gdy podszedłem do kasy go odebrać, powiedzieli, że nie mają hamburgerów i musieli zwrócić mi pieniądze. Tego dnia nie było czasu na zwykły obiad, poza tym dziś miał gotować dla nas Michał.
Michał!
Jeszcze Ci o nim nie opowiedziałem. Pytałaś, Kochana, skąd ja biorę tych ludzi — otóż nie wiem, jak na to odpowiedzieć. Każdy jest z innej bajki, ale Michała znam od dawna, tyle że dopiero co, od Mamy, dowiedziałem się, że mieszka w Norwegii, chociaż wydaje mi się, że kiedyś obiło mi się to o uszy.
Zmierzaliśmy do Stavanger właśnie do niego. Nie widziałem się z nim jakieś piętnaście lat, może nawet więcej. Poznaliśmy się na wakacjach w Tunezji, a właściwie to nasi rodzice się zapoznali, więc siłą rzeczy i my. Miałem wtedy dziewięć lat, a On czternaście albo piętnaście, teraz ja — w przyszłym miesiącu — będę miał dwadzieścia osiem, a On jest w wieku jezusowym.
Podziwiam — chyba głównie za cierpliwość — że się wtedy ze mną bawił, z takim dzieckiem. Ale taki on jest — z każdym się dogada. Po tych wakacjach odwiedził mnie jeszcze z Mamą kilka razy, aż osiągnął pełnoletniość, nastał jakiś bunt i przyjeżdżała już do nas tylko jego Mama, do której zaczęliśmy z Sandrą mówić ciociu.
Michał wniósł do mojego życia bardzo ważny element — pokazał mi, jak żonglować. Później w tej sztuce rozwijałem się sam. Kto wie, czy gdyby nie żonglowanie, byłbym zdolny do takiego poziomu kognitywistyki, jaki prezentuję teraz (zabrzmiało to, jakbym był Einstenem, a nie taka jest idea tego zdania), a poza tym pokazał mi, że człowiek może mieć jakieś zainteresowania, że nie muszą sprowadzać się do zabawek czy grania w piłkę i mogą trwać dłużej niż chwilę.
Michał przyjechał po nas na rowerze. Nie poznałem go, chociaż widziałem jego aktualne zdjęcie na facebooku. Ma długie blond włosy (zawsze takie miał) i brodę związaną w kuc.
— Michał, jak zapuściłeś taką brodę?
— Stary, słuchaj, to… lenistwo. Lenistwo jest kluczem do zapuszczenia takiej brody.
Zastanawiałem się, czy w takim razie kiedykolwiek mi ona wyrośnie. Według tych kryteriów, czułem, że najpewniej nie. W każdym razie, wreszcie spotkaliśmy prawdziwego Norwega, wręcz Wikinga.
— Michał, co ty robisz w tym kraju? — chciałem wiedzieć.
— Próbuję żyć, stary.
— To tak jak każdy.
Pracował na tankowcach, ciężka robota, po dwanaście godzin w kombinezonie. Miał wypadek w pracy, więc teraz ma przerwę i najpewniej do tego nie wróci. Wciągnął go jakiś wirnik, maszyna do mielenia. Podobno tak się niekiedy dzieje i nie uchodzi się wtedy z życiem, ale Michałowi nic się nie stało. Cały on — nabił sobie tylko kilka siniaków. W Tunezji, pamiętam, też miał wypadek, ale na quadzie, kiedy gnał przez pustynie — nic mu się oczywiście nie stało.
Teraz maluje domki na czarno, to znaczy na różne kolory — głównie bordowy, biały, szary albo ciemnozielony — ale wszystkie „na czarno”. Przy tym zawsze jest robota. Od tego obywatele Norwegii nie mogą uciec; w przypadku zaniedbania urząd gminy (kommune) może wysłać wezwanie do renowacji, a w skrajnych przypadkach nałożyć grzywnę lub zlecić wykonanie prac na koszt właściciela.
Michał kupił nam bilety — w tej strefie apka, z której korzystaliśmy do tej pory, się nie nadawała — i wsadził nas do odpowiedniego autobusu, a sam pojechał rowerem. Miał nas wziąć do swojego pokoju, gdzie mieszka z Litwinem, który nauczył się polskiego, gdyż wiele lat robił na dachach, a tak właściwie — robił tyle, że chyba wszystkie dachy, które są w Polsce, to w jego wydaniu. Na ten moment jednak wziął nas do swojej dziewczyny, która mieszka w spokojnej dzielnicy, w suterenie. Bardzo przytulne mieszkanko. Siedzi u niej cztery miesiące, od początku związku, a tamten pokój stoi na razie pusty.
Zapoznaliśmy się z jego dziewczyną Moniką, wcześniej Michał do mnie mówił:
— Stary, ona ma takie dobre serce, takie serducho.
Wszyscy zasiedliśmy do ławy zjeść potrawkę, a ja się martwiłem, czy nie śmierdzi ode mnie jak od bezdomnego, którym de facto byłem, co dało się też zauważyć po zafarbowanych skarpetach.
Michał w tym czasie dzwonił po ludziach, żeby zorganizować wypad na Preikastolen, co wcale nie jest takie łatwe. Trzeba opłacić tunel, parking, a jak się jedzie autobusem, trzeba zapłacić jeszcze więcej, a do tego iść dziesięć kilometrów, żeby w ogóle znaleźć się w początkowej bazie. Nikt nie chce brać na stopa. Pojawiła się opcja, by jego kolega Rumun nas odebrał, ale w jedną stronę będziemy iść pięć godzin, a koszty pozostaną bez zmian, bo jak ma po nas przyjechać, to i tak ma po drodze tunel i musi gdzieś zaparkować.
— Jestem gotowy się poświęcić — postanowiłem. — Nawet gdyby to było pięć godzin.
Naszła mnie ta myśl: A kiedy będziesz tu znowu, żeby zobaczyć to, co masz zobaczyć teraz? Możliwe, że nigdy.
— Już widzę, jak tam idziesz — naśmiewał się Maciek, po czym zaprezentował, jak chodzę.
— Chcemy dziś zobaczyć jeszcze trzy miecze — zmieniłem temat.
Zdaniem Michała — trochę robią wrażenie. Wybraliśmy się tam razem, całą czwórka, najpierw autobusem, a potem spacerem około kwadransa.
— Znasz historię tych mieczy? — zapytał Maciek Michała.
— Coś mi się przypomina — odparł w skupieniu. — Upamiętniają bitwę pod Hafrsfjord, która miała kluczowe znaczenie w historii Norwegii. Król Harald Pięknowłosy (Harald Hårfagre) stoczył tam bitwę z lokalnymi wodzami. I wygrał, a zwycięstwo to uznaje się za moment, gdy Norwegia została po raz pierwszy zjednoczona w jedno królestwo.
— Miecze są wbite w skałę, co ma chyba symbolizować pokój, to, że broń nie będzie już używana — powiedział Maciek.
— Czy to coś jak dwa nagie miecze w Polsce? — pytałem, choć teraz wiem, że się myliłem; nagie miecze były obraźliwe, ale i symboliczne, ponieważ Krzyżacy dawali do zrozumienia, że są gotowi na walkę, i domagali się jej w otwartym polu.
— Możliwe, że to coś jak dwa łyse miecze — przyznał Michał, niepewny.
— Łyse? — dopytałem. — Dwa nagie miecze.
— Nagie. Ale to chyba zależy od tłumaczenia — powiedział Michał i od razu: — Zaraz. Co?
Roześmialiśmy się.
Trzy potężne miecze sterczały na brzegu. Wbite w skałę jak coś ostatecznego. Jak decyzja, której nie da się cofnąć. Jak wspomnienie, które nie chce odejść. Wokół, jak się okazało, kręcili się sami Polacy, a Michał ich znał? Momentalnie wytworzyła się społeczność — nieformalna, spontaniczna, ale rzeczywista, a ludzie zaczęli się do siebie zwracać po imieniu.
Monika odebrała telefon; jej kolega zgodził się pożyczyć nam auta, z tym że mamy je zwrócić do 14:30, bo tak kończy pracę na budowie, co znaczy, że musimy wyruszyć rano, po szóstej, żeby się wyrobić.
Michał z Moniką oprowadzili nas po Stavanger.
— Uważajcie na mewy — ostrzegała Monia. — Mogą wam coś ukraść, naprawdę.
W centrum miasta, wzdłuż promenady, niedaleko posągu Sfinksa, grali koncert metalowy. Ciężko było przebić się przez tłum, a Maciek utknął i musieliśmy na niego czekać, rozmawiając w tym czasie o klubie techno, znajdującym się po drugiej stronie przystani, do którego Michał, jako fan tego gatunku, chodzi dość regularnie.
Usiedliśmy na piwo, a potem wróciliśmy do domu na około, tak żeby jeszcze coś zobaczyć — walec (zamiast go zezłomować, postawili na skateparku, by służył za ozdobę), wybrzeże (nie chcieliśmy przeszkadzać jakiejś parze na randce) i wir (Monika odczytała kilka ciekawostek o kręcącej się w przeszklonym słupie wodzie, ale żadnej nie zapamiętałem). Dopiero siedząc przy wirze, dowiedziałem się, czym są walające się po ulicach wieczka, jak od obiektywu czy lornetki. To od snusa.
— Wiesz, co to snus? — zapytał mnie Michał.
— A czy ty oglądałeś kampanię prezydencką?
— A no tak.
Wiedziałem, co to snus już wcześniej, ale teraz w Polsce chyba każdy wie, co to jest. Swoją drogą, zauważyłem, że ludzie rzeczywiście go zażywają, choć starają się to robić tak, by nie przyciągać wzroku innych.
Wróciliśmy szykować się na jutrzejszą wyprawę, robiliśmy kanapki i gotowaliśmy jajka.
Michał popatrzył na nas, na takich biedaków, i powiedział:
— W sumie to możecie zostać tu, u Moni.
Monia nie miała nic przeciwko, zgadzała się jak najbardziej i jako pierwsza poszła spać, zostawiając nas samych, a wcześniej zrobiła nam nawet pranie.
Rozmawialiśmy o dawnych czasach, a potem o różnych stronach egoizmu.
Skończyliśmy o 1:00 w nocy, a o 6:00 musimy wstać. Nikomu się ten pomysł nie podoba, ale innych możliwości nie ma.
E.W.