RYBY, TROLLE, BOGOWIE, TRUCIZNA

List 3, Bergen c.d.
Mamo,
Obudziłem się z bólem gardła, ale nie chciałem Ci o tym mówić, bo kazałabyś mi brać tabletki, a jestem na tyle leniwy — sama wiesz — że nie zebrałbym się, by szukać ich w plecaku. Poza tym, chyba zasnąłem z otwartą buzią i po czasie, jak popiłem, mimo że gazowanym frusem, samo mi przeszło. Grunt (hehe!), że się nie rozchorowałem.
Mariusz jakby znowu nas pilnował. Gdy tylko Maciek otworzył oczy, gospodarz wyjrzał z okienka.
— Gdzie się zgubiliście, chłopaki?
— No chodziliśmy sobie. Tu i tam — odpowiedział Maciej.
Mariusz odebrał to jako urwanie rozmowy, ale Maciek, najzwyczajniej zaspany, nie potrafił wyartykułować nic innego. Poleżałem jeszcze w namiocie — to jest tak zwane wypierzanie, Mamo, którego nigdy nie rozumiesz — a gdy wszedłem do domku, wszyscy siedzieli przy stole, popijając herbatkę, włącznie z Maciejem, który czuł się jak u siebie.
— O, widać, kto lubi pospać — przywitał mnie Mariusz, a potem zapytał: — Panowie, a czemu wasze namioty się tak do siebie zbliżyły? Robiłem zdjęcie pamiątkowe, były ustawione inaczej.
Mariusz jest bestią spostrzegawczą. Być może wynika to z faktu, że taka lokacja namiotów utrudni mu nocne przeprowadzenie ataku (żart). Albo ciągle prowadził swoje dochodzenie co do naszych preferencji, jakkolwiek je rozumieć.
— Dobrze, dobrze, nie moja sprawa — zaznaczył z uśmiechem.
— Musieliśmy sprawdzić, czy tropik obejmie namioty — wytłumaczył Maciek.
Przysiadłem się do nich na kanapę. Mariusz przeprowadził nam wykład o grach losowych. Na przykład, w Norwegii jest loteria, w której rejestruje się swój adres zamieszkania, potem losują jakiś punkt: jeśli twój adres jest w promieniu tego punktu, to wygrywasz. Jak trafi na twój adres, wygrywasz ty, ale i sąsiedzi, którzy dostają mniejsze kwoty, ale jednak. Mariusz wygrał tak kiedyś sto tysięcy koron (ponad 35000 złotych). Ale z racji, że najwięcej osób mieszka na południu, głównie w okolicach Oslo, to właśnie tam najczęściej padają wygrane. Jest jeszcze loteria Joker, w której gra się ciągle tymi samymi numerami, bo po rejestracji otrzymuje się kartę o unikalnym numerze — to coś, jak granie całe życie w totka tymi samymi liczbami, podobno u niektórych się to sprawdza.
Żeby nie było — Jeżyk też coś opowiedział, o „śmiesznej wyspie” gdzieś na północy, na której nie można umierać. Nie można i koniec, bo nie mają gdzie cię pochować, a poza tym trzeba tam chodzić z bronią, bo są misie.
— Panowie, dziś będzie fish and chips, tak jak obiecałem — oznajmił Mariusz.
— Na którą? — chciałem wiedzieć.
— Siedemnasta?
— Pasuje.
Tym razem pojechaliśmy do centrum autobusem. Sprawdziliśmy, gdzie znajduje się punkt startowy naszego promu, który mamy jutro o 8:00 rano, a następnie udaliśmy się kolejką na Fløyen. Automat odrzucał płatność, musieliśmy więc iść do kasy, gdzie też zapłaciliśmy kartą, ale o dziesięć koron więcej, co mnie zbulwersowało, mimo że to tyle, co za małą butelkę wody.
Gdybym w ten słoneczny dzień w Bergen — w najbardziej słoneczny i pogodny weekend w ciągu ostatnich pięciu lat, przynajmniej według statystyk Mariusza — wchodził na górę pieszo (albo potem z niej schodził), to bardzo możliwe, że ta woda by mi się przydała, a więc wszystko ma tutaj znaczenie.
Czyżby to był jakiś chwyt z ich strony, by więcej zarobić?
— Ale ludzi — burknąłem, stając w kolejce do kolejki.
— Poczekaj, następna będzie za pięć minut.
Ze szczytu miasto rozpościera się jak malownicza mozaika dachów wciśniętych między góry a morze. W oddali woda przecina krajobraz srebrną wstęgą fiordów, a na horyzoncie majaczą kolejne zielone wzgórza. Posiedzieliśmy z tym widokiem dobre pół godziny. Kręciła się przy nas rodzina Azjatów, jedna z tych, które — o dziwo — nie snują się z aparatem rozmiaru armaty.
Mamo, wiesz co, ujęło mnie to, że na szczycie są kozy. Żyją tu na półdziko. Posiadają specjalne obroże, które reagują wibracjami, gdy któraś oddali się poza wyznaczone terytorium. Nie wolno ich karmić, bo mają na zboczu jedzenia pod dostatkiem. Są bardzo przyjazne. Do jednej się zbliżyłem, dała się pogłaskać. Tym samym wydaje mi się, że zawarłem pakt z diabłem. Ich wełna jest tak mięciutka, że położyłbym się z nimi do spania, nawet gdybym rano miał obudzić się w piekle. Wylegują się na szlaku i, kręcąc rytmicznie głowami, drapią się rogami po brzuchach.
Po kupieniu loda siedliśmy w cieniu drzew, żeby przedyskutować kilka ważnych spraw:
Otóż, byliśmy wczoraj w sklepie z figurkami nordyckich bogów. Maciek zdecydował, że kupi Asi figurkę bogini Skadi. Następnego dnia, czyli dzisiaj, uznał, że lepszym pomysłem będzie dokupić figurkę Boga Njörda, który jest mężem Skadi, tak by właśnie tę figurkę dać Asi, a Skadi zostawić sobie.
— Przeczytałem jednak na Wikipedii — tłumaczył Maciek — że Skadi i Njörd… hmm. Skadi cierpiała nad morzem, narzekając na krzyk mew i szum fal, a Njörd nie znosił gór, gdzie wilki wyły w mroźnych lasach. Z czasem każde wróciło na stałe do swojego świata.
— I co?
— Słowem, rozeszli się.
— No tak, ale i co?
— Jak to? Co sobie pomyśli Asia?
— A co ma pomyśleć?
— Przecież się rozwiedli! Co to za prezent?
— Weź nie rób jaj.
— Oddam tę figurkę do sklepu.
— Nie wierzę.
Ostatecznie zaproponowałem, że ją od Maćka odkupię, oby tylko nie musiał dymać autobusem do centrum, co w tę i powrotem kosztowałoby go tyle, co za pół figurki.
Postanowił więc kupić inną parę bogów: Freyra i Gerðrę. Ale tu z kolei okazało się, że Freyr zmusił Gerðrę do małżeństwa, grożąc jej głodem i uwięzieniem u bram piekła. Chcąc nie chcąc, ta groźba podziałała na Gerðrę, wyszła za Freyra i koniec końców pokochała go miłością prawdziwą.
— Co sądzisz? — zapytał mnie.
— Macieju, bogowie są głupi, zapamiętaj to sobie.
Druga sprawa, Mamo — leżąc w cieniu drzew, doszliśmy do wniosku, że jak będziemy jeść obiad u Mariusza, to możemy zostać otruci. No co? Przecież go nie znamy. Niewielkie są na to szanse, ale jakieś są. Najgorzej — tak rozważaliśmy, dla pobudzenia zdolności poznawczych — gdyby podał tabletki nasenne rozpuszczone w sosie, którym polał rybę.
— W pierwszej kolejności musimy sprawdzić, czy na rybie nie ma sosu — powiedział Maciek.
— A jak będzie?
— Trzeba będzie go zlizać i wypluć na trawę.
— Myślisz, że będziemy jeść na tarasie?
— Wspominał o grillu — przypomniał Maciek.
— Mówił, że ją usmaży, żeby była soczysta.
— Aha, to druga ewentualność jest taka, że któryś z nas musi jeść szybciej, dzięki czemu, w przypadku środków nasennych, dłużej zachowa przytomność.
Rozważaliśmy więc dalej: ratuje nas fakt, że wieczorem mamy iść na kąpielisko, więc od razu po jedzeniu trzeba odejść od stołu. Jeśli stracimy przytomność, to nie u niego na posesji. A w razie gdybyśmy jedli w salonie, musimy wcześniej zwrócić uwagę, czy do otwarcia drzwi głównych potrzebny jest klucz.
Gdyby nas jednak otruli, musimy dać innym znać, że jeśli nie odezwiemy się za pół godziny — lub za godzinę — to znaczy, że coś nie tak. Boimy się, że Mariusz może działać w komitywie z Jeżykiem.
— Może Mariusz ma umiejętności miękkie — rozmyślał Maciek — i zwabia innych, jest dobrym rozmówcą, podczas gdy Jeżyk wychodzi nocą na szluga i nas obserwuje.
— Tak, bo Mariusz nie miałby „powodu”, żeby wychodzić w nocy na zewnątrz.
— Z drugiej strony, po co Jeżyk miałby wychodzić na podwórko nas obserwować, skoro widzą namioty z okna?
Można by tak w nieskończoność.
Mamo, błąkaliśmy się po lesie z rzeźbionymi w drewnie trollami, a potem schodzenie z góry okazało się istną męką, cały czas, jakby ktoś podcinał mi łydki nożem. Zawijasy, ciągle zawijasy. Z wielkim bólem udało się zejść na targ rybny, gdzie zjadłem zupę bergeńską, cokolwiek to znaczy.
— Dasz radę potem zjeść fish and chips u Mariusza? — pytał Maciek.
— A nie?
— Jak ci będzie mało ryby, dopchasz się frytkami.
Maciek znowu wybrał się na pamiątki, ja też nie odmówiłem sobie kilku, a na obiad wróciliśmy autobusem, przegapiliśmy jeden przystanek, ale to nic — bilet jest ważny godzinę i od chwili zakupu aktywuje się dopiero po minucie i trzydziestu sekundach.
Zasiedliśmy do obiadu, to był fish and chips w wykonaniu Mariusza, czyli sama fish. Łososia wysmażył dobrze, wykorzystał do tego przyprawy, które przywiózł z Cypru specjalnie na tę okazję. Ułożył różowe kawałki na półmisku, każdy mógł sobie nałożyć, ile chciał, ale po dwóch żołądek był pełny.
Do tego pojawił się Cinek — obił nam się o uszy — ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że mieszka razem z nimi. Cóż, późno wracaliśmy, to i nie mieliśmy okazji się zobaczyć. Widzieliśmy go pierwszy raz, a gdy podał mi rękę, miałem w ustach pełno ryby, więc tylko powiedziałem, że nazywam się Eyhcyhyian.
— Że jak? — dopytał.
— Że kto? — dodał Mariusz.
— Że co? — rzucił Cinek.
Gdy Mariusz postawił jedzenie na stole, Jeżyk wyszedł z pokoju, co uznałem za bardzo podejrzane, tym bardziej, że oznajmił, iż jadł wcześniej. Okazało się, że Jeżyk najzwyczajniej nie lubi ryb, a na widok krewetek momentalnie rzyga. Jadł z nami Cinek i przeżuwając rybę, mówił:
— Wykwintne, wykwintne.
Podziękowaliśmy za jedzenie.
— Na zdrowie! — krzyknął Mariusz z kuchni. — Jak obiecałem, tak zrobiłem.
Na podwórku musieliśmy sprawdzić, czy ta plandeka się do czegoś nada, tym bardziej, że zbierały się ciemne chmury, a u chłopaków w piwnicy lepiej nie spać.
— Będzie dobrze — oceniłem.
Wyszedł do nas Cinek, paląc papierosa. Zdradził, że w zależności od miesiąca zarabia nawet do czterdziestu tysięcy koron. Wcześniej siedział w Danii, w sumie to całe życie na obczyźnie, a teraz w dodatku sam, bo po dziewięciu latach rozstał się z dziewczyną.
— Można tu w ogóle dostać pracę bez znajomości norweskiego? — zapytałem. — Bo słyszałem, że nie.
— A tam, pieprzenie. — Wydmuchał dym. — Można. Ale w końcu trzeba będzie z tym norweskim zawalczyć.
Zrobiliśmy z chłopakami na tarasie pamiątkowe foto, niestety bez Jeżyka, który rozmawiał przez telefon, chyba mu ktoś zmarł. Nagle Mariusz wybiegł ze strzelbą i krzyknął, że będzie foto z pokojowej Norwegii, a ja pomyślałem, że to ten moment, że właśnie teraz nas zabije.
— Poczekajcie, strącę tylko tamtego kruka. — Strzelił, ale nie trafił. — To nie jest śmieszne, tu robią sobie gniazdo, potem się zlatują całą chmarą i od rana drą mordy. To nie jest wcale śmieszne.
Poszliśmy ostatni raz na nasze kąpielisko. Była niedziela i, czego nie rozumiem, akurat wtedy — ze wszystkich dni — kąpało się najwięcej osób: przecież najwięcej powinno być w piątek albo sobotę. W sobotę ławkę okupowały dziewczyny, śpiewając między innymi Biebera, ale prawie nikt nie pływał, za to teraz naszło Hiszpanów, co również jest dziwne, gdyż nigdy bym nie pomyślał, że wejdą do tak chłodnej wody.
— Emilian, idę na kibel — poinformował Maciek. — Trucizna zaczyna działać — dodał i zniknął.
Na szczęście w Norwegii, w takich miejscach jak to, jest kibel, jest prysznic, ławki do siedzenia, kosze, drewno, grill — można by tam wyprawić imprezę.
Tego wieczoru siedzieliśmy w wodzie dalej od brzegu, ponieważ opadł poziom wody — i to sporo, bo na około metr — aż odkrył pierwszy drewniany schodek, a na piasek wyszły kraby.
Zorientowaliśmy się też, że Norki zagospodarowały ścianę skalną — zrobili z niej ściankę wspinaczkową. Dwie blondwłose kobiety wspinały się na zmianę, jedna asekurowała drugą, robiąc za przeciwwagę.
— Maćku, patrzysz na…
— Patrzę, jak się wspinają…
— Na dupy im patrzysz.
— …bo to niesamowite.
— Ja wiem.
Roześmialiśmy się, ale nie tak jak Hiszpanie, którzy co i raz skakali do wody z wysokości około dwudziestu metrów. Dla mnie to chyba żadna przyjemność oddać taki skok. Z wiekiem, choć genetycznie szwankuję, coraz bardziej lubię swoje ręce i nogi.
Jutro chłopaki wybywają — i to wcześniej niż my — do pracy, ale mają nam zostawić otwarty dom. Mam nadzieję, że uwiniemy się ze wszystkim na czas, pierwszy raz będziemy składać cały asortyment do plecaków, ale tym razem nie musimy dźwigać wódki i szlugów.
Nie padało nawet tej nocy — tak zakrzywiłem rzeczywistość — a pod tropikiem się jedynie zapociliśmy. Zobaczymy, co będzie dalej. Trzymaj za nas kciuki.
E.W.