WARIAT, WĄS, WAŁĘSA, WÓDKA, WAGON

List 1, wyjazd do Norwegii — Ciechanów, Gdańsk, Bergen
Mamo,
Na pociąg do Ciechanowa zawiozła nas Asia, dziewczyna Maćka. Musieliśmy najpierw trafić do Gdańska, ponieważ tylko stamtąd są loty do Bergen, a tak łatwiej, niż potem przesiadać się w Oslo i przeżywać dwukrotnie — i to jednego dnia — ten sam, znienawidzony przeze mnie szczególnym rodzajem nienawiści, stres.
Na dworcu w Ciechanowie biegał wariat. Oskarżał innych o kradzież pieniędzy. Jakaś pani go uspokajała, mówiąc, że gdyby coś znalazła, pomagałaby mu je zbierać i wcale nie chciałaby mu ich zabierać.
— Były tu — krzyczał wariat, pokazując na nas palcem. — Pieniądze! Ale nie jestem taki, żeby teraz każdego po kolei sprawdzać.
Rozglądał się za swoją walizką, której nie było. Pobiegł do autobusu i zawrócił, krzycząc, że zapomniał bagażu, który nie istniał.
— Chory człowiek — skomentował ktoś z żalem.
Nieźle się zaczęło, ale tak naprawdę wszyscy urodziliśmy się chorzy. Mamo, nie masz co użalać się nad synem i wybacz te przemyślenia. Niestety życie samo w sobie jest chorobą, a każdy dzień kolejną dawką iluzji zdrowia w nieuleczalnym istnieniu.
Poza tym Maciek powiedział, że gdybym miał napisać książkę, taką jak Karl Ove, powinna nosić tytuł: „Moja choroba”. Nie umiem wymyślać tytułów, ale ten wydaje mi się odpowiedni. (Dziękuję, Maćku). Biorąc pod uwagę okoliczności, chciałem mu się odwdzięczyć mądrym słowem:
— Jeśli chcesz czuć się bezpiecznie wśród wariatów, musisz zachowywać się dziwniej niż oni. I w ogóle, jeśli chcesz czuć się bezpiecznie, zachowuj się dziwniej niż inni wokół.
— To znaczy, co mam robić?
Pokazałem mu kilka ruchów i krzywych min, a on otaksował mnie wzrokiem.
— Jak tak patrzę — powiedział — to po samym twoim wyglądzie stwierdzam, że za tobą połowa sukcesu.
Maciek od zawsze twierdził, że wyglądam jak postać z GTA czy innej gry: na wyprawę zapuściłem wąsy, założyłem czapkę z naklejkami z muzeów i meksykańskie spodenki.
W pociągu David Lynch z prezesem Polsatu rozkręcali imprezę. Nienawidzę tego rodzaju ludzi. Świat jest bardziej kolorowy dzięki takim wariatom, jak ten na stacji, ale nie takim, którzy na siłę chcą rozweselać innych, z tymi pijackimi uśmiechami, zawsze fałszywymi. To już choroba w chorobie, do tego na własne życzenie. Pijacki śmiech i rozmowy zawsze brzmią jak puszczane z taśmy w tle jakiegoś taniego programu rozrywkowego. Człowiek tego słucha i wie, że pod spodem jest zmęczenie i strach przed ciszą.
— No ale wiesz — zaczął Maciek. — Intercity umożliwia ci kupienie biletu w Strefie Ciszy.
— Nie oczekuję sterylnych warunków, tylko kultury.
Dlaczego kontroler nie potrafi takim zwrócić uwagi?
Od tego pytania rozmowa z Maćkiem rozeszła się w różne strony, aż stwierdził:
— Takie wątki powinniśmy poruszać w naszym podcaście.
— Którego nie mamy.
— Tak.
W Gdańsku nie było ani jednej wolnej szafki, do tego padało. Młodziak od epetów zdradził, że za KFC znajduje się przechowalnia bagażu, więc się tam udaliśmy.
— Dwadzieścia dwa złote za sztukę? — zapytałem.
— Tak — odparł niemiło facet w budce. — Przecież jest cena.
— Ale może zależy od rozmiaru.
— Nie ma tu nic o rozmiarze.
— Nie ma?
— Jest inna cena za bagaż niewymiarowy.
— Czyli jednak coś jest o rozmiarze — przyłapałem go.
Zostawiliśmy tylko jeden z trzech plecaków.
Najlepiej pamiętam ceny, które są najmniej sprawiedliwe. Chcesz trochę komfortu? Płać jak za luksus.
Pochodziliśmy w centrum, ale pogoda nie sprzyjała. Większość czasu przesiedzieliśmy w kościele. W tym miejscu wszystko we mnie przycichło. Przyszła ta dziwna, gorzka świadomość, że nie ma tu nic, co by mnie poruszyło. Wokół kręciło się dużo ludzi: rozmawiali na głos i robili zdjęcia. Nie miałem prawa czuć do nich żalu. Przecież sam byłem jednym z tych, co przyszli tu schronić się przed deszczem, a w następnej kolejności coś zobaczyć, zapamiętać, a jednak miałem ochotę powiedzieć im, by przestali tak chadzać, kręcić telefonami, żeby po prostu byli cicho, bo to miejsce, cokolwiek o nim sądzę, zasługuje na więcej ogłady.
— Myślisz, że wypada otworzyć tu puszkę coli? — zapytał Maciek.
Westchnąłem, zaraz się rozejrzałem i odpowiedziałem:
— Otwórz.
Namówiłem Maćka na ramen. Pierwszy w jego życiu. Nauczyłem go jeść pałeczkami, ale po mojemu: trzeba je przełamać, ułożyć tak, by stykały się krańcami, i zwinąć w chusteczkę. Zupa bardzo mu smakowała i był wdzięczny, że przekonałem go do takiego obiadu.
— A, no i od teraz zawsze będę tak jeść pałeczkami — podsumował.
Gdy siedzieliśmy na lotnisku Wałęsy, pierwszy raz zadzwonił do mnie Mariusz — człowiek, z którym jedynie pisałem na fejsie. Oprócz papierosów chciał, byśmy mu wzięli po litrze bolsa, a on za to przyjedzie po nas na lotnisko. Ledwo pomieściliśmy tyle towaru w plecakach. Wiem, że celnicy są wyczuleni na papierosy i alko (trzeba mówić, że to na własny użytek, że pali się paczkę dziennie i akurat wystarczy do końca wyjazdu), ale jako turysta mogę wwieźć do Norwegii 200 papierosów, a jako rezydent czy obywatel jedynie 100. Tego rozróżnienia nie ma na stronach rządowych. Tym razem ojciec nie miał racji, twierdząc, że przysługuje mi zaledwie sto sztuk.
Pani od gejtu kazała mi zmierzyć bagaż. Pieprzona. Nie musiała tego robić. Ledwie upchnąłem plecak kolanami. Naprawdę mogła to sobie darować.
W samolocie siedział obok mnie jakiś ñamerykanin, a Polak, który miał miejsce od okna, mówił do mnie po angielsku:
— Możemy się zamienić, tak żebyś siedział ze swoimi.
Słyszałem polski akcent, więc odparłem:
— Może pan mówić po polsku.
— Aha, to ja tu wejdę szybko, chyba że chcecie się jakoś zamienić.
— Tu każdy siedzi oddzielnie, wiec mi obojętne.
Przez wąs, który zapuściłem, myślał, że jestem z nimi. Że jestem ñamerykaninem, może Meksykaninem czy innym Portorykańczykiem.
Mariusz przyjechał na lotnisko. Pisał: Gdzie jesteście? Według niego już powinniśmy byli dawno wyjść. W końcu się znaleźliśmy, przywitaliśmy i wsiedliśmy do szarego forda. Opowiadał o Bergen z pasją. I to od niego po raz pierwszy usłyszeliśmy określenie Norki na Norwegów. Mówił Norek to, Norek tamto, a ja z początku myślałem, że opowiadał o jakimś koledze.
Daliśmy Mariuszowi dwie ramy szlugów w prezencie. Chciał oddać za nie pieniądze, mówiąc, że korony się przecież nam przydadzą, ale my, że nie — prezent to prezent. Kazał je wyciągnąć na wierzch. Wjechaliśmy z nim do podziemnego garażu. Czy przeszły nas niepokojące myśli? A czy ogień parzy? Czy słoń jest ciężki?
— Mariusz, często tak zabierasz do siebie obcych? — zapytałem.
— Nie. Ale sam kiedyś jeździłem po świecie z namiotem, wiem, jak to jest.
— Ale nie jesteśmy chyba pierwsi?
— Pierwsi nie. Ostatnio miałem gościa z Brazylii. Był mistrzem cukiernictwa. Ciągle piekł mi ciasta. Wspaniałe, pyszne. Tyle mi ich zrobił!
Wjechaliśmy tam niby do sklepu, a niby do jakiegoś Ukraińca, któremu Mariusz wisiał szlugi za przysługę, a niby to miała przyjść jego żona, ale nie zjawił się nikt, bo posnęli. Czekając na kolegę, Mariusz do nas:
— Wy jesteście razem?
— Nie! Mamy dziewczyny w Polsce.
— Spoko, tylko żartowałem. — Poklepał mnie po ramieniu.
Ostatecznie stamtąd odjechaliśmy.
Obwiózł nas po Bergen. Zna ciekawostki o każdej ulicy, mieszka w starej dzielnicy — w Bryggen — i co trzy tygodnie lata do Polski na Kaszuby (teraz ma samolot do Gdańska akurat po robocie, lepiej być nie mogło). Zdradził, że pracuje na poczcie, wozi kontenerki.
— W ramach wdzięczności przewiozę was po centrum.
— To super.
Pomyślałem, że tak wyrobimy sobie pełen obraz miasta, w którym leci mu już osiemnasty rok. Domki w Norwegii mają to coś — malowane w ciepłych, choć przygaszonych barwach. Przejazd przez Bergen przypomina momentami przejazd przez żywy skansen.
— Niedługo mojego domu nie będzie, są jakieś plany budowy w tym miejscu — poskarżył się Mariusz.
— Co to za system? Z dnia na dzień zabierają ci miejsce do mieszkania.
— Co ty, wiem to już od tygodni — odpowiedział, nie bardzo rozumiejąc słowa Maćka.
Weszliśmy do niego na działkę, którą chyba skosił na tę okazję. Mieszka przy wielkich silosach — widać je z każdego miejsca w Bergen. Przy nim, po drugiej stronie uliczki, kręcili niektóre sceny do „Pierwszego śniegu” z Harry’m Hole, właśnie u niego pod domem. Jestem fanem twórczości Nesbo — dla mnie to geniusz — ale film uważam za niewypał.
— Rozkładajcie namiot, a ja was będę obserwował z okienka — zawołał Mariusz z kuchni. — Chcecie herbaty?
Maciek chciał, ja nie. Nauczyłem się, że nie powinienem pić herbaty u obcych.
— Dlaczego? — pytał mnie o to Maciek.
— Bo ja piję z cytryną.
— To możesz to powiedzieć.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo ja piję herbatę z sokiem z cytryny. Trzeba go wycisnąć. I z dwoma łyżkami cukru, małymi. Aha, i musi być zalana po brzegi. Nie można też jej za długo parzyć, maks dwie minuty. A cytrynę trzeba wlać po wyjęciu pampersa.
— To rzeczywiście, tego już mówić nie możesz, bo wezmą cię za chama.
— Dlatego po prostu odmawiam herbaty u obcych.
— Teraz to zrozumiałem.
Mariusz podał herbatę Maćkowi do okienka, jak w drivethru, i poszedł do piwnicy po łososia atlantyckiego, który miał tyle długości, co ja wzrostu. Można by nim zabić, tym bardziej zmrożonym. Kiedyś takiego złowił, nie tego, ale takiego. Do tego nie potrzeba pozwolenia, wystarczy, że zejdzie na dół, jakieś dwieście metrów, i zarzuci haczyk, a cokolwiek wyciągnie, to będzie jego i nikt nie będzie robił o to problemów.
— Najlepszy jest łosoś z tatara — podsumował gospodarz. — Z wódką.
Podczas rozkładania namiotów odkryliśmy dziurę w materiale, ale Mariusz miał „najmocniejszą taśmę na świecie”, więc zabrał nas po nią do piwnicy i od razu załatwiliśmy sprawę.
Z Mariuszem mieszka Jeżyk. Jeżyk zna na wylot wszystkie uniwersytety w Bergen. Zajmuje się elektryką na każdej uczelni. Ciągle wychodzi na podwórko i pali. Mariusz jest zawiedziony, że nie pijemy z nim wódki, ale zaprasza nas na grilla o każdej porze dnia.
Nieopodal, na terenie skansenu, znajduje się kąpielisko. Jak się wyjrzy między krzakami z działki u chłopaków, to je widać. Do wody prowadzą schodki, drabinki, wysepki, deski do skakania.
Maciek mówi, że w tym kraju wszystko ma sens, a sprowadza się to do tego, że tu po prostu używają mózgu. W Polsce woleliby to rozkraść, a takie kąpielisko wysypaliby co najwyżej kamyczkami. Pływaliśmy prawie do północy, a do namiotów wróciliśmy przed 01:00. W Bergen nie ma nocy. Brakuje końca. Brakuje tej miękkiej granicy, która mówi: teraz możesz przestać. Zasnąć. Ukryć się.
Mamo, to był chyba najdłuższy dzień w moim życiu. W zasadzie to on nadal trwa.
E.W.