Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

KOZY I RURY

Photo by Strvnge Films on Unsplash

Co mi się ostatnio śniło?

Sen 1:

Mała kózka, miniaturka wielkości słodkiego pieska. Chciałem taką zamiast psa. Trzymałem ją w pokoju. Brykała po meblach i panelach, robiąc stuk-puk, stuk-puk malutkimi kopytkami. Już sam widok, jak hasa po domu, przyprawiał mnie o uśmiech. Kiedy się cieszyła, a cieszyła się cały czas, cieszyłem się i ja. Niektórzy mówili, że jak to kózka, że przecież to coś nie tak, a ja tłumaczyłem, że co, że kózka — kózka oznacza radość, najczystszą z możliwych. Ale oni — jacyś oni, nikt konkretny — twierdzili, że kózka to nie, nie i koniec. Mówiłem, że jest łatwa w utrzymaniu, bo zje wszystko, co podetknę jej pod nos, więc jest tańsza niż kot czy pies, a oni odpowiadali, że no właśnie — zje wszystko. I kiedy spałem, okazało się, że jadła moje włosy, ale wcale mnie to nie bolało — zawsze można ściąć się na jeża — zabolało za to, kiedy wstałem i okazało się, że ponadgryzała mi meble i przemieliła niektóre książki z biblioteczki. Na pewno ciężej było mi to przetrawić niż jej. Następnej nocy najpewniej zamierzała zjeść kolejne woluminy, toteż musiałem coś zaradzić — tylko co? Chcieli — jacyś oni, nikt konkretny — żebym się jej pozbył, tylko jak niby? Poza tym nigdy bym jej nie oddał. Przecież ją pokochałem. I ten stukot jej maluteńkich kopytek.

Sen 2:

Wokół mnie, tak samo pode mną, były rury, grube i chude, zielone i brązowe — nieważne, wszystkie usyfione jakimiś smarami, śluzami, błotem, na którym próbowały wyrosnąć liche ździebełka trawy i łaty mchu. Chodziłem po tych rurach, ciągnących się od ścian do ścian postawionych z surowych pustaków ochlapanych betonem. Poruszałem się trochę po omacku, a trochę nie — niekiedy zapalało się surowe, sztuczne światło znikąd, chyba gdzieś spomiędzy rur, ale tylko na chwilę, na czas ataku. Atakowali mnie czarnoskórzy, nagle i z pełną siłą. Popychali mnie, ja upadałem, a potem kopali mnie w twarz — to pamiętam najbardziej, ten ból, kiedy dostaje się prosto w nos, ten odcisk buta na miękkiej twarzy. Z łatwością można było mnie przewrócić, więc zsuwałem się niżej, ale oni pojawiali się i tak, znów atakując, tylko agresywniej, mocniej. Nadbiegali zewsząd i było ich kilku. Nie wiedziałem, dokąd zmierzam, choć w domyśle szukałem ratunku, czyli wyjścia na powierzchnię. Bałem się, że spadnę w nicość, w jakąś otchłań do wnętrza ziemi. I zastanawiałem się, co gorsze — czy utrzymać się na rurach i czekać na kolejny atak, na kolejne kopnięcia w twarz od czarnoskórych, czy pogodzić się z wieczną czernią pode mną?