PIESEK I BIERKI

Dawno nie pisałem o swoich snach, a zatem:
Sen 1:
Mały piesek mknął wzdłuż dość ruchliwej ulicy, niedaleko osiedla mojej babci. Był na tyle mały, że bardziej przypominał gryzonia i ledwie sięgał ponad krawężnik, ale tylko dlatego, że miał większy, nieproporcjonalny łebek w stosunku do reszty ciałka, co przypominało psiaka z kiwającą się głową do przyklejenia na deskę rozdzielczą auta. Oczywiście kierowcy nie zważali na jego obecność i tylko mnie zachciało się go ratować. Kiedy ruszyłem w sukurs, gdzieś oczywiście zniknął: może się ukrył, może wpadł w kanał albo, co najgorsze, został rozjechany i przykleił się do koła jakiegoś samochodu. W jednej chwili zapragnąłem poruszyć cały świat, oby tylko go odnaleźć: dzwoniłem po ludziach, wstawiałem ogłoszenia na sociale, biegałem wte i wewte, rozglądając się za nim jak szaleniec próbujący złapać wiatr do kieszeni. Moje wysiłki się nie opłaciły — płakałem, obiecując światu, że jeśli go znajdę, to się nim zaopiekuję na stałe, że znajdę dla niego miejsce w moim życiu. Nie znalazłem go. Później się okazało, że adoptował go ktoś inny — jakaś gruba kobieta, raczej sympatyczna — a ja przez to płakałem jeszcze bardziej, wygrażając niebu.
Sen 2:
Błąkałem się po korytarzach nieznanego mi hotelu, którego wystrój przypominał dawne dni, kiedy zamawiało się meble na wymiar, ręcznie robione, brązowe, dające ciepło, tak samo jak miękkie dywany ciągnące się przez całą długość holu. Na końcu jednego korytarza, po lewej stronie, znajdowały się dwuczęściowe drzwi, a tuż obok stała komoda, nad nią wisiało lustro o złotych ramach, a pod nim stały szachy, ale bez planszy, same bierki. Ze względu na rzeźbienia spodobały mi się na tyle, iż wpadłem na pomysł, by je zapakować do kieszeni — no, po prostu ukraść, usprawiedliwiając to tym, że i tak nie ma planszy, żeby móc w nie zagrać, więc po prostu się tu marnują. Upychałem je sobie po kieszeniach spodni, ale kiedy się poruszałem, wysypywały się, stukając o drewnianą podłogę akurat w miejscu, gdzie nie sięgał dywan, jakby śmiały się ze mnie. Za potężnymi drzwi na końcu korytarza był prowadzony wykład, ktoś wyjrzał i zapytał mnie, co takiego usiłuję zrobić z tymi szachami, których nie potrafię okrzesać. Panicznie zacząłem mu tłumaczyć, że to jedyny sposób, by odstawić je na miejsce wszystkie na raz, inaczej musiałbym nosić je pojedynczo, a przynajmniej partiami, bo wszystkie w rękach mi się nie zmieszczą. Tym kimś, kto prowadził wykład i do mnie wyjrzał, był mistrz świata w szachy. Potem sobie uświadomiłem, że jak ktoś taki jak ja, głupek taki, ma wykiwać Magnusa Carlsena. Przecież on mnie przejrzał od razu. Z jednej strony czułem wstyd, z drugiej wiedziałem, że nie powinienem.