Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

ZŁOTY CZŁOWIEK KULTURY

Photo by Evan Verni on Unsplash

List z podróży do Portugalii 6

Pani Mamo,

Dusi człowieka jakaś przykrość, kiedy budzi się ostatniego dnia w Lisboa, tym bardziej ze świadomością, że dziś jeszcze, w przeciągu zaledwie kilkunastu godzin, znajdzie się z powrotem w Polsce. Nie wiadomo też, czy cieszyć się po dostaniu esemesa z informacją, że lot jest opóźniony — niby to godzina dłużej tutaj, ale czy to nie dziesiątki minut wydłużonego smutku, podczas których nie bardzo się wie, co ze sobą zrobić? Chce się jakoś wykorzystać te ostatnie chwile, ale czy się da? — o tym nie myśli się przed przyjazdem: ze wszystkich rzeczy jakkolwiek zaplanowanych, tę akurat planuje się najmniej.

Pierwszy raz dziś wjeżdżaliśmy żółtym tramwajem pod górkę, zaledwie dwieście czy trzysta metrów — nie, nie jest to linia nr 28. Choć krótka i pod wzniesienie, była to podróż w czasie — zawsze wtedy, przy zetknięciu z reliktami przeszłości, wyobrażam sobie tych, którzy siedzieli tu przede mną, na tych samych drewnianych ławeczkach, oparci o te same ścianki, depczący tę samą podłogę. Od tamtego czasu, choć nieznacznie, zmienił się jedynie świat za okienkiem, z pewnością ubrania i priorytety, ale czy ludzie jako gatunek też? Trochę tak, a trochę nie.

Pani Mamo, dzień naszego powrotu — tak dla ścisłości, w razie gdyby zgubiła Pani rachubę czasu — wypadł 13 lutego, więc gdy wspięliśmy na jedno ze wzniesień, ujrzeliśmy kramy rozstawione na jednym z tarasów widokowych. Tak, w krajach latynoskich nikt nie ma nic przeciwko, by dzień zakochanych zacząć świętować wcześniej, a zapewne też i dłużej, więc ja tym bardziej nie, zwłaszcza kiedy mam u boku Pani Córę.

Zjedliśmy kanapki z kozim serem i jamón serrano — sama sól, bez napoju nie do pokonania — i zrobiliśmy sobie kilka zdjęć w objęciach roślinnych serc, a także na tle miasta. Aha, i co najważniejsze, kupiłem Pani Córze pierścionek — biżuteria z Dubaju! — a ona mnie książkę w najstarszej działającej księgarni na świecie! Livraria Bertrand wcale na taką nie wyglądała, przez co napawa mnie żal, i gdyby nie certyfikat Guinnessa wywieszony na froncie — no i gdyby nie kolorowe okładki na wystawie — przeszłoby się obok niej z mniejszą lub większą obojętnością. Zawsze kąsa smutek, gdy nie można obkupić się w książki w obcym kraju, ponieważ nie zna się ich języka, a jak wiadomo — większość pozycji była tu po portugalsku, nie znaczy to jednak, że nic dla siebie nie znalazłem.

Jesteśmy na lotnisku, dość małym, i nie możemy przejść przez bramki, bo jest za wcześnie, a ludzie wokół zajęli już każdy wolny kąt. Potem czekamy wśród Polaków, którzy na głos rozprawiają o polityce, chodzimy po wolnocłowych (wtedy po raz drugi w życiu widziałem babę z brodą) i kombinujemy, co zjeść przed odlotem, gdyż lot jest znowu opóźniony, tym razem o pół godziny: pozostaje McDonald, w którym — chyba nigdy by się Pani nie domyśliła — jadłem zupę. Obrzydliwą. Pani Córa mówi, że mi nie smakuje, bo wydaje się zdrowa, a tak — wcale nie jest najgorsza.

W samolocie siedzę obok chłopaczka, który tuli się do wypompowanej, złotej piłki. Dostrzegłem na niej jakiś podpis, więc go zapytałem, czyj to autograf, a on odparł, że to Ronaldo, autentyczny. Cena? 399 euro. Jego mama dodaje, że poszły na to pieniądze z komunii, a i tak musieli się jeszcze dorzucić dziadkowie. No ale chłopaczek jest zadowolony i mówi, że przekaże tę piłkę swojemu potomkowi, a ten potomek z kolei przekaże swojemu potomkowi i tak się to będzie kręciło, ta inwestycja w bogactwo kulturowe jego rodziny.

Kończę pisać, mimo że i tak nie wiem, co ze sobą zrobić w samolocie. Nie bardzo mogę czytać, jest ciemno, a wokół ciągle handlują perfumami: z jaką myślą niektórzy kupują te perfumy akurat na pokładzie?

Pewnie zobaczymy się, zanim dostanie Pani ten list, ale to nie szkodzi — to będą też listy dla potomków. Niech wiedzą, kim byłem, jaki byłem, z kim tu byłem i kogo kochałem, że też byłem człowiekiem kultury, a przynajmniej kulturalnym.

E.W.