Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

NIE W CENTRUM

Photo by Louis Paulin on Unsplash

List z podróży do Portugalii 4, Lisboa

Pani Mamo,

Pozwolę sobie najpierw opowiedzieć Pani o placu, może nie tyle znajdującym się w centrum Lisboy, co z pewnością będący — że tak się wyrażę — jego centrum. Można więc powiedzieć, że list ten — jakkolwiek nie zakrawałoby to o absurd — zacznę od środka.

A więc, żeby dotrzeć do wspomnianego Placu, tak zwanego Placu Handlowego (albo, jak uważają niektórzy, Placu Pałacowego), idzie się od nas ciągle prosto, wzdłuż ulicy Rua Augusta, a raczej deptaka, gdzie znajdują się sklepy i lokale (w jednym z nich jemy śniadania i desery, w drugim kupiłem sobie dwie pary skórzanych butów produkcji portugalskiej, więc to nie byle co, a cena zadowala tym bardziej, gdyż jest taniej niż u nas, i lepsze to niż obkupywanie się w sklepie piłkarskim, zalanym narodowymi barwami, na czele którego stoi plastikowy Ronaldo; pewnie za dzieciaka wiele by dla mnie znaczył, ale nie dziś). Na koniec przepuszcza się żółty tramwaj, a następnie przechodzi pod łukiem triumfalnym, nie najbardziej reprezentatywnym ze wszystkich łuków, jakie widziałem, za to z niezwykle wyraźnymi, bijącymi po oczach detalami skąpanymi w bieli; nie wiem, czy to zasługa wykonania jako takiego, czy pogody, a może regularnych renowacji?

To właśnie na placu robimy sobie pierwsze zdjęcia w Portugalii, co chyba nie pozostaje bez znaczenia. Coś nas w nim urzeka. W oczach Pani Córy zapalają się lampeczki, po czym oznajmia mi, że mogłaby tu zamieszkać. Cóż, kiedy ogarniam wzrokiem tę przestrzeń, myślę sobie, że to jest to miejsce, które wysuwa się na pierwszy plan osobom żyjącym tym miastem czy po prostu tym, którzy — jakkolwiek i o jakiekolwiek porze dnia — myślą o stolicy tego ciepłego kraju. Te żółte budynki wokół wespół z promieniami słońca napawają człowieka chęciami, do patrzenia, chodzenia, do kręcenia się tu i ówdzie czy, najzwyczajniej mówiąc, do życia. Jakoś raźniej się robi i nawet chwyta pewnego rodzaju nostalgia za czymś, czego się wcześniej nie doświadczyło. Unoszą się tu rozsiane myśli Fernando Pessoy, to bez wątpienia, ale też innych, jemu pokrewnych, może Cesario Verde czy Camóesa.

Oczywiście nie mogło zabraknąć tu ulicznych handlarzy — okulary, biżuteria, rękodzieło — którzy cały towar noszą na rękach, a gdy im się odmówi, pytają na szybko: „Marihuana?” i obracają się na pięcie, jak gdyby po to, by odciąć się od słowa, które uleciało z nich samo niby dym. Po przejściu placu wielu ludzi ciągnie nad ocean — tak, to kolejna stolica z plażą w środku miasta, ale o tej porze roku nikt się tu nie kąpie, za to ktoś, człowiek z brzuchem o ciemniejszej karnacji, bawi się w piasku, lepiąc rzeźby realistycznych rozmiarów: są to gady wylegujące się na brzegu, obkopane wokół, tak by woda nie liznęła ich przy pierwszej lepszej okazji.

Stojąc tam, po drugiej stronie ulicy na kamiennym tarasie, gdy skieruje się wzrok w prawo, na podmytej powierzchni nieba tnie przestrzeń czerwony most. Wszystkim — a z pewnością tym, co nigdy nie zawitali do San Francisco — przypomina on od razu Golden Gate; przyjrzeliśmy się mu bliżej po ruszeniu autobusem na północ, wzdłuż wybrzeża, tak samo Jezusowi, który unosił się nad nim wcale nie inaczej niż w Świebodzinie. Za to w oddali po lewej, przy niezwykle przejrzystej pogodzie, ciągnąłby się inny most, najdłuższy w Europie, most Vasco da Gamy, przy którym najbliżej znaleźliśmy się w trakcie jazdy kolejką linową, startującą z oceanarium, niedaleko stacji autobusowej.

Chce się siedzieć na placu handlowym. Naprawdę, chociażby myślami, tak jak teraz, kiedy piszę te słowa, dlatego — tak, decyzję podejmuję teraz — kończę ten list, aby móc, przynajmniej samym wspomnieniem, posiedzieć tu sobie ot tak, w spokoju. Chyba źle bym uczynił, pisząc dalej i w wyobrażeniu swym wędrował do innych miejsc. Już nie będę, tak dla ścisłości poruszanych rzeczy, zmieniać początku listu. Jeszcze trochę tu sobie pobędę, na Placu Handlowym, więc proszę mi wybaczyć i wyczekiwać kolejnych listów.

E.W.