Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

ŚWIĘTE OGNIE

Photo by Tânia Mousinho on Unsplash

List z podróży do Portugalii 2, dzień 2

Pani Mamo,

Nie zdążyliśmy przyjrzeć się stolicy. Wezwała nas droga do pobliskiej miejscowości, oddalonej o jakąś godzinę jazdy autokarem — mowa tu o Fatimie. Lisboa poczeka, tak mówiłem Pani Córce, która narzekała, że nie ma ani chwili przerwy od podróży jako takiej. Myślę, że miałem lepszy powód do narzekania niż Ona — nadal bolało mnie ucho, ale było znośnie i powoli się odtykało. Wydaje mi się, że Pani Córa nie chciała też — a przynajmniej nie tak od razu — wchodzić na Ziemię Świętą. Wiedziała, że nie zdąży do tego czasu wypłoszyć diabła ze swego serca — to był prawdziwy powód jej niechęci. Ale to nic, myślę, że sam z niej uszedł niby choroba, kiedy tylko uświadomiła sobie, dokąd ze mną zmierza. Chyba dobrze, że Ją tu zabrałem — zgodzi się ze mną Pani Mama?

Fatima to małe miasteczko, dla zwiedzających w zasadzie wielki plac ze świątyniami (w jednej z nich są pochowane fatimskie dzieci, od których to wszystko się zaczęło), krzyżami jak najwyższe drzewa, pomnikami świętych (stoi nawet nasz papa i taki zgarbiony przypomina żółwia) i wydzielonym pasem do przemierzania na klęczkach. Jestem przekonany, że gdyby Pani Córa przeszła całą tę trasę na kolanach, tamten nie śmiałby już nigdy szepnąć jej nic do ucha (albo kiedyś, tak jak Polacy spotkani przez nas na stacji autobusowej, udamy się wspólnie na pielgrzymkę do Santiago de Compostela). Kupiliśmy świece, by wrzucić je do pieców, z których buchał ogień; mam nawet dowód w postaci nagrania, że Pani Córa — za moją namową, oczywiście! — wrzuca jedną z nich w płomienie, tak samo jak ja. Oby zdrowie nam dopisywało! Była przeciwna takim uczynkom, ale to ze względu na swoją naturalną oryginalność, by nie rzec dziwaczną upartość, a nie przez wzgląd na jakiś trawiący jej duszę uraz do rodziców, dla których zapragnęła zdrowia po wsze dni; proszę się więc niczym nie martwić.

Kupiliśmy też różańce, figurki, a nawet coś specjalnie dla Pani, o co Pani Mama mnie tak wypytywała, ale co, to już się okaże po powrocie. Potem zjedliśmy to, co się tu je — dorsza w cieście. Nic specjalnego. A nawet niezbyt to smaczne, ale nic lepszego nie znaleźliśmy. Poza sezonem gastronomia tu kuleje. Pani Córa — ale to przez głód, bo diaboł, jak śmiem twierdzić, poszedł spać — narzekała, że kupiłem bilet na zbyt późną godzinę powrotną, no i co tu robić jeszcze tyle czasu. Ba — gdybym ja wiedział. Poprawię się na następny raz. Tylko czy będzie następny raz? To już się okaże po zachowaniu Pani Córy, należałoby Ją bacznie obserwować. Póki co diabeł w jej sercu ani myśli się obudzić.

E.W.