DWIE SĄŻNIE GŁĘBOKOŚCI

W świecie książki znowu trwa wielkie dochodzenie. I znowu jest ten sam podejrzany. Posądzają go o znaną już z jego strony zagrywkę — o pisanie pod pseudonimem, wydawał bowiem jako autor z Wysp Owczych, potem oficjalnie go zdemaskowano, żeby poprawić sprzedaż.
Teraz mowa o Światłoczułości niejakiego Jakuba Jarno, rzekomo debiutanta, który wystartował od razu w Wydawnictwie Literackim, a to nie byle co, mało kto tak zaczyna, a może prawie nikt — stąd podejrzenia. Wydawcy muszą mieć pewność, że jak książka się nie sprzeda, wówczas odkryją tę kartę i, bardziej dosłownie, nakleją na okładkę hasło, że autorstwo powieści należy przyznać Mrozowi. Nastąpi stonks sprzedażowy, nikt na tym nie straci, a jedynie zyska, gdy czytelnicy dowiedzą się prawdy. Żadna strona internetowa nie omieszka też nie napisać o tej sytuacji, najprawdopodobniej wyleje się więcej syfu niż zachwytu, ale egzemplarzy trzeba będzie dodrukować.
Oprócz nieustannie trwającego dochodzenia trwa również oburzenie — że w ogóle jakikolwiek znany autor podejmuje się publikowania pod pseudonimem. Że po co te numery? Że jeśli to nie Mróz, to Jarno traci na aferze i nie może zapracować na własne nazwisko, chociaż — z perspektywy autora — nie powiedziałbym, że ta sytuacja jakkolwiek owemu Jakubowi szkodzi, wręcz przeciwnie. I że jeśli to Mróz, a nie Jarno, no to zonk, bo powieść jest chwalona przez czytelników pochłaniających inne twory niż kryminały, a nawet jest uważana za wybitną, co znaczyłoby, że Mróz klepiący masowo pulp fiction potrafi wystawić na półki literaturę wyższych, o ile nie wysokich w ogóle, lotów.
Cóż, pisanie pod pseudonimem na dużo pozwala.
Niektóre pisarki posługiwały się męskimi lub dwuznacznymi pseudonimami, ponieważ obawiały się, że w przeciwnym razie będą dyskryminowane. Do takich pisarek należą siostry Bronte (które pisały jako bracia Bell), Andre Norton, George Sand i George Eliot.
J.K. Rowling chciała się sprawdzić w innej konwencji… i się sprawdziła, a dla niektórych się sprawdzała, dopóki nie zawiódł jej agent.
Ben Franklin nawiązał kontakt ze swoją kobiecą stroną jako Martha Careful, Silence Dogood, Alice Addertongue i Polly Baker.
Anne Rice ma parę znanych pseudonimów — A. N. Roquelaure i Anne Rampling — używanych głównie do publikowania erotyki; nie chciała, by jej ojciec dowiedział się o jej twórczości tego rodzaju.
John le Carré (David John Moore Cornwell) ma jedną z ciekawszych historii związanych z jego literackim pseudonimem: pracował jako agent brytyjskich MI5 i MI6, a jego przełożeni powiedzieli mu, że będzie musiał używać pseudonimu, jeśli chce opublikować powieść szpiegowską.
Charles Lutwidge Dodgson mógł również pomyśleć, że jego nazwisko brzmi zbyt nudno, wybrał zatem Lewisa Carrolla, z łacińskiej formy swojego prawdziwego imienia: Overachiever.
Podejrzewam, że Mark Twain wolał Marka Twaina (to również pseudonim z historią: w żargonie pilotów parowców rzecznych mark twain oznacza „zaznacz dwie [w domyśle: sążnie głębokości]) niż zbyt długiego Samuela Langhorne’a Clemensa.
I jeszcze przykład z rodzimego podwórka: Józef Teodor Konrad Korzeniowski stał się Josephem Conradem. Dlaczego? O wiele łatwiej było to wypowiedzieć po angielsku!
Powodów wydawania pod pseudonimem jest nieskończenie wiele, ale żeby pisać pod pseudonimem powieść nie autobiograficzną — fikcję — a do tego nie mówić nic o sobie? Pewnie domyślacie się odpowiedzi na powyższe rozważania. Taki zabieg wart jest kilku zdziwionych min. Poza tym, jak na moje czytelnicze oko, on nie jest tylko Jakubem Jarno, heh.
Możliwości pisania pod pseudonimem przyznaję 9/10.