Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

FUUAAA!

Photo by Anastasia Zhenina on Unsplash

Starszy znajomy, filmomaniak, polecił mi „Sisu” — film z 2022, który obecnie króluje na Netflixie. Zapytał, czy znam to słowo. Z początku zastanawiałem się, czy ma to związek z angielskim (nijak nie brzmi po angielsku), ponieważ obaj nauczamy tego języka. Bez wstydu przyznałem, że nie wiem, choć świtało mi coś w głowie. Dopiero potem zdradził, że to nieprzetłumaczalne słowo z języka fińskiego. No właśnie, stąd je znam. Nie władam fińskim, ale swojego czasu oglądałem fińskich kaskaderów, grupę przyjaciół — Dudesons — którzy znani są w tym kraju niemal jak prezydent, a jedno z ich dzieci ma na imię Sisu, zresztą to chyba popularne imię w tamtym zakątku świata.

Tylko co ono oznacza? Sisu to podobno cecha narodowa finów. To duch walki, odmowa poddania się. Coś na zasadzie: zabij mnie, a ja i tak wstanę. A nawet: Zabij mnie dziesięć razy, a ja i tak wstanę. Innymi słowy: Kiedy człowiek znajduje się w sytuacji bez wyjścia, jest przegrany i tak naprawdę nie ma nic, wtedy pozostaje mu już tylko sisu. Powiedziałbym, że to energia znikąd, z kości, z myślenia, z ducha.

Zdaniem Sanny Marin, byłej premier Finlandii, cały współczesny obraz jej kraju i pozycji na świecie wynika w dużej mierze z tej mentalności zwanej sisu. Wspominała też gdzieś, że sisu jest również obecne w polskim społeczeństwie, w Polakach, przez co czuje z nami szczególną więź. Jeśli spojrzeć na historię naszego kraju, to rzeczywiście, ciężko byłoby się z nią nie zgodzić. I aż dziw bierze, że my nie mamy słowa, które oddawałoby istotę określaną przez sąsiadów z północy jako sisu.

Od jakiegoś czasu, z racji tego, że rolki na instagramie mam tylko w języku hiszpańskim, zapoznaję się z memicznymi treściami tamtej strony Internetu. Niedawno natknąłem się na nagranie z 2010 roku, które ukazuje podpitego faceta opowiadającego o czymś, co sam nazywa EL FUA. Wiralowy film jest fragmentem reportażu Noche de Emergencias, nagranego w Tepic, Nayarit, i wyprodukowanego przez portal informacyjny: nayaritenlinea.mx, film jest autorstwa reportera Fabiána Garcíi i filmowca Jonatana Rivery, a został opublikowany w programie telewizyjnym portalu informacyjnego 22. Swojego czasu ta treść biła rekordy popularności, zwłaszcza w Meksyku.

Internauci, odnosząc się do tego filmiku, mówią — wcale nieironicznie — że geniusze i filozofowie zawsze są uważani za szalonych, a wielu powinno się od nich uczyć, tak samo jak od bohatera tego reportażu, którego w telewizji nazwali wędrownym podróżnikiem. No tak — kiedy mędrzec wskazuje na niebo, głupiec patrzy na palec. Pozwolę też zacytować sobie komentarz jednej internautki: „Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, kilka lat temu, byłam dzieckiem, które, jak większość, się z niego śmiało. Ale teraz, jako dorosła, widzę go inaczej, jest wspaniałym człowiekiem”.

Czym w skrócie jest energia FUA?

— Jest to charakter „z żołądka”/”z trzewi” (podobnie jak sisu: „Kiedy zaczynasz wątpić w FUA, wtedy budzi się to prawdziwe FUA)

— Jest to „coś ponad” (chodzi o to pozyskiwanie energii znikąd: „Nieważne, co robisz, nieważne, co mówisz, ważne, żeby dać z siebie to coś więcej…”)

— Jest to coś, co rzutuje na cały wszechświat (tym różni się od sisu, a poza tym, przypomnę raz jeszcze, dosłownie: kiedy mędrzec wskazuje na niebo, głupiec patrzy na palec; dodatkowo podróżnik twierdzi, że energią FUA można się podzielić, dając życie tym, którzy je stracili)

Czym nie jest FUA wg. słów ww. podróżnika?

— Nie jest „obrzucaniem innych błotem” (tego sisu nie uwzględnia, a zdaje mi się ważne).

— Warto też wspomnieć, że FUA jest również słowem, które można wykrzyczeć, by wyzwolić z siebie niezbędną energię, czego nie robi się w przypadku sisu (słowo to zbyt szeleści, by nadawało się na okrzyk).

Internauci uznali FUA za akronim — fuerza universal absoluta albo fuerza universal aplicada — absolutna siła uniwersalna czy uniwersalna siła stosowana. Ktokolwiek ją osiągnie, może rozwinąć swoją siłę, charakter i moc do poziomów nieskończoności.

Ważne jest to, by nazywać rzeczy, które istnieją. Gdy coś bowiem jest pozbawione nazwy, a istnieję, to tak, jak gdyby nie istniało. Czemu my, Polacy, nie mamy na to odpowiedniego słowa? Kto jak kto, ale my?