SZÓSTY CHŁOPAK

Kiedy byłem dzieckiem, ojciec zabrał mnie do McDonalda. Od tego zaczęła się moja miłość do fastfoodów, tak po prostu. Myślę, że tak to się zazwyczaj zaczyna — rodzic zabiera dziecko do McDonalda, i tyle. Wystarczy raz. Ten raz, kiedy nie chciało się nikomu gotować. Potem już nie ma odwrotu i człowiek w jakiś sposób jest uwiązany z tym żarciem do końca życia. Walą po jęzorze te wszystkie sztuczne smaki, podkręcacze, glutaminiany i inne sosy. Chce się tego więcej, tym bardziej chce tego taki mały chłopaczek, co ledwo potrafi otworzyć gębę, żeby ugryźć burgerka. No i to z nim zostaje. Na zawsze.
Do McDonalda chodzę teraz bardzo rzadko. Odkryłem bowiem, jako człowiek chyba dorosły, że są inne fastfoody, dużo lepsze — mamy w Polsce Popeyes, MaxBurgera. Tak, nie dorosłem do tego, by za każdym razem wybierać jedzenie typowo restauracyjne ponad fastfoodem, i gówno mnie obchodzi to gadanie starszych, że fastfood jest niezdrowy. Jest. Tak samo jak wasze picie i palenie. Ja nie piję, nie palę — ja chcę zeżreć fastfooda i dajcie mi spokój. Dla mnie to jest normalne, cieszące mnie żarcie, które wolę bardziej niż obiad domowy.
Moją ulubioną fastfoodziarnią jest jednak Five Guys. „Pięciu chłopaków” bije wszystkich innych na głowę. Ubolewa mnie tylko, że nie zawędrowali nigdy do Polski.
Cóż, kiedyś chciałem znać się z Ronaldem, być młodszym oficerem szczęścia u jego boku. Potem chciałem być traktowany na równi z pułkownikiem Harlandem Sandersem (przedstawionym na logo KFC). Mógłbym nawet mieć przedramiona jak Papaj. Ale najbardziej chciałbym być w gronie Five Guysów, być tym szóstym chłopakiem.
Jeśli ktoś z Five Guysów to czyta — odezwijcie się do mnie. Jeśli macie zamiar zawitać kiedyś do Polski z jedną z waszych restauracji, proszę mianujcie mnie na przedstawiciela waszej marki na terenie tego pięknego kraju. Obiecuję sumienność w działaniu. Tak, chcę być tym szóstym chłopakiem.
A jak nie macie takich zamiarów — przyślijcie mi czapkę z waszym logo. Naprawdę chciałbym ją mieć. To zawsze dobry początek.