SUMA KOLEŻANEK

Moja lepsza połówka — hmm, lepsza większościówka — powiedziała mi wczoraj, kiedy jechaliśmy autem na wyprawę na bagna, że jestem sumą jej najlepszych koleżanek.
Kurde, najgorzej, a są ku temu dwa powody, ale wynika z tego — chyba, jeśli dobrze się temu przyjrzeć — jeden wielki pozytyw.
Pozwólcie, że wyjaśnię.
Pierwszy powód. Nie chciałem być nigdy niczyją koleżanką, tak niektóre dziewczyny lubią nazywać albo swoich kolegów wepchniętych do friendzone’a, albo kolegów innej orientacji — i dlatego tego nienawidzę, ale też dlatego, że po prostu nie pasują mi sfeminizowane określenia — nawet użyte prześmiewczo — w stosunku do faceta. To dość degradujące! A kiedy zwróciła się tak do mnie kiedyś Ona, na początku znajomości, to myślałem, że zwariuję, ale oczywiście nie z miłości, tylko ze złości.
Drugi powód. Nie tylko jestem sumą cech jej najlepszych koleżanek — to jeszcze nie brzmiałoby wcale tak źle, może niektórych by nawet ucieszyło — tylko jestem sumą najgorszych cech — cech, których Ona wręcz nie cierpi — swoich najlepszych koleżanek. Uwielbiam podróżować i nie potrafię usiedzieć na dupie (to mam z jednej koleżanki), a nie lubię tańczyć i ogólnie imprezować, a do tego jestem gburowaty (to z drugiej koleżanki), jestem autystyczny i jestem nauczycielem (to z trzeciej) i potrafię nieźle narzekać, wręcz nieznośnie jęczeć, kiedy coś mi nie odpowiada lub idzie nie po mojej myśli (to z czwartej), a po jednej (to koleżanka numer pięć) mam też imię.
Jeden wniosek nasuwa się sam. Skoro nienawidzi tych cech — cech, które się we mnie przebijają, które są tak wyraźne, z których wręcz składa się moja osoba — znaczyć to może jedynie to, że promieniuję innymi cechami tak, że te inne giną w tłumie, że to wszystko się równoważy i to, co jej nie pasuje, jest dla niej najmniejszym problemem. To z kolei znaczy, że musi mnie naprawdę kochać. Nie widzę innego wytłumaczenia. Bo i innego wytłumaczenia najzwyczajniej nie ma.