CIŃCZYKI FU

List 11, podróż do Barcelony
Kochana,
Pisałem Ci, że przeczuwałem, iż wrócę do Madrytu wcześniej, niż mi się wydaje — i tak się właśnie stało — a stało się to tak wcześnie, że to „wcześniej” nastało wcześniej niż jakiekolwiek moje rozumienie słowa „wcześniej”.
Nie mogliśmy udać się bezpośrednio do Barcelony. Bilety na pociąg rezerwuje się tylko w kasie, tego samego dnia, w którym się je kupuje, a tamtego dnia, mimo że udaliśmy się po nie odpowiednio wcześnie, akurat wszystkie zostały wyprzedane. Dlatego musieliśmy zawrócić do Madrytu i dopiero stamtąd jechać do Barcelony.
W bezprzedziałowym pociągu po przesiadce w stolicy siedziały z nami cińczyki (pisownia celowa), a tych — po tym, czego doświadczyłem w ich towarzystwie już kilkukrotnie — uważam za najgorszych obrzydliwców. Przesiadają się na wolne miejsca (lub nie), po czym unoszą nogi lub zginają je w kolanach i… po prostu srają, bezwstydnie, przy wszystkich. Pierdzą i stękają, a inni tylko na nich patrzą, ze wstydem, z zażenowaniem, nawet z niepokojem, a już na pewno z wielkim niezrozumieniem. Nie był to przypadek jednego osobnika, naprawdę. Taka podobno u nich kultura, a raczej jej zupełny brak. Nie obchodzi mnie to, że w ich „kulturze” postrzega się publiczne pierdzenie inaczej: po pierwsze, są u nas, a u nas jest nasza kultura, europejska, a po drugie, tępię takie zachowanie tak samo, jak to, kiedy w innej „kulturze” uważa się, że na przykład kobiety są gorsze, że można zabić białego czarnego, a rudych spalić na stosie. Mam w dupie to, jak oni swoje gazy; to, że tak tam jest, bo taka jest ta ich inna „kultura” — to jest obrzydliwe, po prostu złe i tą „odmiennością” gardzę. Tylko jak do nich przemówić, jak nie można się z nimi porozumieć w żadnym ze światowych języków?
Dojechaliśmy do Barcelony na samą noc, a potem, żeby mieć gdzie przenocować, wlekliśmy się jeszcze przez godzinę autobusem do podmiasteczka, w którym mieszka koleżanka naszej koleżanki. A. przyjęła nas tak, jak uważała za słuszne, ale umęczyłem się tej nocy, kiedy do picia miałem jedynie wodę, a wokół, ze względu na święto ku czci Matki Boskiej Nuestra Señora de la Asunción, zamknięte były nawet stacje paliw. Wiesz, jak bardzo nie potrafię pić wody. Tej nocy nie miałem też klimy — nie chcę robić z siebie narzekacza czy wygodnisia i dziękuję za to, co mam, ale chcę Ci powiedzieć, że ta noc była dla mnie ciężka, jak parę ton; parę ton gęstego, gorącego powietrza, od którego Barcelona, zważywszy na swoje położenie, kipi jak ogromne jacuzzi.
Do rana pragnąłem zimnego, gazowanego napoju tak, jak pragnę Ciebie od dnia, kiedy zostawiłem Cię w Polsce, a zważywszy na to, jak bardzo nienawidzę pić ciepłej, mdłej wody, zapewne domyślasz się, jakim „bardzo” jest moje „bardzo”.
E.W.