Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

WIDZIAŁEM SABAT CZAROWNIC

Ogród w domu Sorolli

List 8, Madryt

Kochana,

Nie martw się, nie chodzę głodny. W Madrycie często jemy patatas bravas. Nie jestem, jak wiesz, zwolennikiem ziemniaków — ziemniak bowiem, żeby smakować zadowalająco, potrzebuje zaangażowania ze strony przyrządzającego, a na to mało kto jest gotowy — ale bravas mógłbym wciskać w siebie trzy razy dziennie, a nawet sześć, ze względu na małe porcje.

Nigdy nie jadłem tak dobrych ziemniaków, jak tutaj, w San Fermin, gdzie jest drogo, ale smacznie i gdzie atmosfera gwaru, razem z chęcią spróbowania wszystkich dań po trochu, owija to miejsce w mistyczną, mocno kulturową, hiszpańską aurę. Te krzyki i zapachy znad lady, wysokie stołki i długie półki, na których stawia się talerzyk i je z niego na stojąco, obserwując albo wnętrze marketu, albo, przez przeszklone ściany, to, co dzieje się na ulicy — to wszystko, poza smakiem bravas, polanych gęstym, ostrym sosem, skłania mnie zawsze do ponownych odwiedzin tego miejsca.

W Madrycie zaglądam jeszcze do dwóch muzeów, których nie odwiedziłem poprzednim razem. W Museo Lazaro Galdiano widziałem Sabat Czarownic. Potem, zjadłszy czipsy (znów ziemniaki), zamedytowałem w ogrodzie muzeum i ruszyłem dalej, odwiedzić Sorollę.

W tym roku wypada setna rocznica śmierci Sorolli — i w ten właśnie czas, jak los chciał, trafiamy do jego domu, obecnie muzeum. Hasła wokół mówią: ¡Sorolla ha muerto! ¡Viva Sorolla! Sorolla umarł. Niech żyje Sorolla. Myślę, że takie zwołanie można by wykrzyknąć na cześć każdego wielkiego artysty.

Miejsce to — te rozległe piętra, wysokie okna, skrzypiące schody, ale przede wszystkim ta zieleń i ogród z fontanienką — odzwierciedla marzenia o idealnej przestrzeni do pracy nie tylko każdego malarza, ale w ogóle każdego artysty. Sorolla uważał, że we pomieszczeniach się nie maluje — że pokoje to garaże dla obrazów, to tylko ich przechowalnia — i wierzył, że natura jest silniejsza od wyobraźni, że w naturze jest prawda, którą należy odzwierciedlać, a można ją uchwycić, jeśli tylko zrobi się to szybko. Oglądać jego obrazy to jak pójść na plażę w stolicy Hiszpanii. Ich energia, wszedłszy we mnie, chce ze mnie ujść i wie, że najlepiej będzie, jeśli zawiozę ją do miasta, w którym się urodził i zmarł, do jego miasta, na plażę — do Walencji.

Wsiadam więc w pociąg, pożegnawszy się jeszcze z Parkiem Retiro. Nie mogę się doczekać, kiedy Tobie przywiozę energię; energię, którą hoduję w sobie przez Ciebie i dla Ciebie; to również będzie wyzwalające, dla Ciebie i dla mnie.

E.W.

churrosy i gorąca czekolada w San Fermín