Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

JESTEM MADRYTEM

ja w pierwszych chwilach po powrocie do Madrytu

List 5, dzień 7, podróż do Madrytu

Kochana,

Jadę do Madrytu.

W pociągu zagaduje do mnie pewna Argentynka — nawet po akcencie słychać, skąd jest — a rozmawiać ze mną zaczyna na dobre, gdy mówię jej, jak rozłożyć fotel, czy kto siedzi za nami. Hiszpański w ustach tak białego człowieka wydaje jej się czymś irrealnym, na tyle, że pyta, co tu robię, zupełnie jakbym ja, człowiek cywilizowany, zapuścił się w dzicz, co najmniej na Czarny Ląd.

Zaczyna opowiadać o sobie. Co i raz pyta mnie, czy rozumiem słówko, którego użyła. Rozumiem, więc mówię jej, że rozumiem. Wtedy ona dalej o sobie, o tym, jak jest tu, a jak w Argentynie, o jakości pociągów, o cenach, o edukacji. Twierdzi, że w Europie wszystko jest lepsze. Miała dziadków z Chorwacji, dlatego mogła tu przyjechać, inaczej to nie byłoby takie łatwe. Cieszy się, że ze mną rozmawia, stwierdzając, że ma trudności w rozumieniu Hiszpanów. Nic dziwnego, wszyscy w Ameryce Południowej wysławiają się wyraźniej, w tym ona. Zdradza mi, gdzie jedzie, gdzie czeka na nią praca, dorywcza, na chwilę, na kilka dni, a potem ruszy dalej, w nową podróż, przed siebie. Martwi się tym, czy znajdzie na dziś nocleg. Żyje z dnia na dzień, inaczej nie potrafi; tu ludzie tak nie żyją, ale w jej kraju tak, więc ona żyje tu tak, jak u siebie. Nie ma rodziny, dzieci, więc może sobie na to pozwolić. Opowiada o swojej pracy, o głównym źródle dochodu — o sprzedawaniu filtrów online do butelek. Wyjaśnia coś o klarowaniu wody, o zanieczyszczeniach. Zaraz pyta znów o mnie i gdy odpowiadam na jej pytania, dziwi się moją osobą. Rozmawiamy przez większość drogi. Ma na imię Brota, na końcu się żegnamy i życzymy sobie samych sukcesów. Zabiera ze sobą swój świat, a ja swój.

Wysiadam. Kiedy wstępuję do Madrytu, Madryt wstępuje we mnie. Kochana, Madryt jest tak piękny jak Ty. Ogarnia mnie, przytula. Madryt jest starym przyjacielem. Jest gąbką zmoczoną w gorącej wodzie. Madryt jest kawałkiem ciepłego, miękkiego ciasta, które trzeba zjeść, żeby zalepić nim w sobie pustkę. Madryt jest sobą, a zarazem mną. Jestem tu, w końcu. Ja jestem Madrytem. Tak coś we mnie krzyczy, bardzo głośno. Krzyczy, że ja jestem Madrytem. Ja jestem Madrytem!

E.W.