Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

Koniec kopaniny

obraz wygenerowałem za pomocą sztucznej inteligencji midjourney ai

Koniec kopaniny. Tej dosłownej i tej słownej, czyli niedosłownej. Warto przy tej okazji wspomnieć o dwóch rzeczach, bo nic lepiej, jak taki właśnie turniej, gdzie kopie się napompowany balon, ich nie oddaje.

Pierwszą jest przewrotność losu. Mniejsza o wyniki poszczególnych starć. Polacy wychodzą z grupy? Przegrywają tylko z mistrzami i wicemistrzami świata? I tak na koniec lądują w finale, dostając złote medale (mam na myśli naszą drużynę sędziowską — ale, jakby nie było, w końcu to polska drużyna, no i dostaje medale)? Selekcjoner Argentyny grał niegdyś z Messim w reprezentacji? Ronaldo odpada po pojedynku z drużyną, po której nikt się niczego nie spodziewał, a tym samym zwieńczenie jego kariery, w przeciwieństwie do życia, jakie wiódł, nie będzie wyglądało jak z filmu? I dobrze, bo to jest właśnie życie, a nie film. Za to Messi, który również wiódł filmowe życie, wygrywa na koniec mistrzostwo świata, zdobywając ten wymarzony puchar i doświadczając zakończenia jak z filmu? Tak według zasad rządzących światem i przewrotności losu być nie powinno, ale to również — stety lub nie — świadczy o przewrotności tego cholernego losu.

Drugą rzeczą jest przemijalność. Odchodzą największe gwiazdy futbolu, które wzrastały na naszych oczach. Lewy nie zagra już na następnych mistrzostwach. Szczęsny też nie. Najgorzej zaboli, kiedy postarają się na eliminacjach, zapewniając nam wycieczkę do USA i Kanady, a sami się tam nie pokażą. Starzy odejdą, pozostając lub nie w naszej pamięci, i nadejdą (lub też nie) młodzi, których nikt od razu nie polubi. Z dnia na dzień, z meczu na mecz, tego nie widać, ta zmiana jest płynna, ale jednak nagła i kłująca. Mecz od meczu niewiele się różni, ale gdy spojrzy się wstecz, to widać, że kiedyś inaczej grało się w piłkę. Albo że inaczej gra się dziś.

Piłką przestałem się interesować (kiedyś nawet w nią grałem) już dawno temu i oglądam teraz jedynie mecze Polaków. Ale taki turniej, swoją drogą przesycony emocjami, warto oglądać — nie dla samych goli, ale właśnie dla tego, jaki mają wymiar pozameczowy.