Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

Moje ostatnie słowa

Martwa małpa medytująca nad wodospadem – obraz wygenerowałem za pomocą sztucznej inteligencji midjourney ai

Polska, Karpacz.

Dzień 13 i 14.

List 12 (ostatni), w którym nadawca zmienia odbiorcę po raz kolejny i, oczywiście, ostatni

Mamo i tato,

Wyjechaliśmy z Czech bez większego żalu, za to z radością, że w oddali, za górami i lasami, falowała biało-czerwona tęcza, a pod nią ciągnęła się już Polska. Pokonaliśmy czeskie góry, które zdawały się skłonne osunąć w każdej chwili, i kręte drogi, będące zagadką dla google’owskich map.

Wreszcie w domu, tak sobie myśleliśmy po przekroczeniu granicy. W Karpaczu czeską mieli tylko colę (tak zwaną kofolę, której już sama nazwa sprawia Przemkowi wiele radości; chłopaki jej nie lubią, ale mnie ona odpowiada, nie tylko jeśli chodzi o cenę, ale i smak). Mieliśmy pokój u p. Władka, co to wyglądał jak krasnolud, taki starszy i siwy grubasek z niego, nawet tak się poruszał i mówił jak krasnolud. Przyniósł klucze, powiedział, gdzie tu najlepiej zjeść, i zniknął.

Wyszliśmy na powolny obchód miasta, które składa się z jednej głównej ulicy i pomniejszych jej odprysków, które albo ciągną w dół, albo w górę — nie ma nic pomiędzy, co wcale mnie nie cieszy. Prawdę mówiąc, nienawidzę chodzić po górach, dlatego od razu odmówiłem, kiedy chłopaki zaproponowali, by następnego dnia ruszyć na Śnieżkę; kiedyś na nią wejdę, ale zimą i w samych gaciach, na letnią wyprawę szkoda mi kolan, zresztą sam wiesz, Ociec, jakie ty masz kolana.

Nie dało się zjeść w najlepszej restauracji, która stała się najlepsza po tzw. rewolucjach, bo kolejka ciągnęła się niby wyciąg linowy. W drugiej najlepszej restauracji przyjmowali tylko płatności kartą, więc poszliśmy do tej trzeciej najlepszej, która, na szczęście, nie zawiodła (nie bój się, Mamo, nie będę gruby), a potem ruszyliśmy na wodospady. Po drodze przez miasto nie można też było zjeść gofra, bo albo kolejka na pół godziny czekania, albo, przez natłok klientów, brakowało składników na gofry.

Idąc, chłopaki ciągle zostawiali mnie w tyle, nie mogąc z jakiegoś powodu pojąć, że hobbici to nieźli chodziarze, ale nie stawiają takich kroków, jak normalni ludzie, dlatego ostatni odcinek drogi, dla zgody między nami, pokonaliśmy wyciągiem.

Żyłem nadzieją, że wodospad będzie z dala od drogi głównej i o tej porze nie będzie tak uczęszczany przez turystów, ale się myliłem. Zamedytowaliśmy z MR na skałce, a potem, jak się nieco przerzedziło, zdecydowałem, że wskoczę popływać — jakże mógłbym inaczej. Powiedziałem sobie, że trudno, niech patrzą, ale tak zimnej wody sobie nie odmówię. Zapewne u niektórych, robiących zdjęcia, jestem gdzieś w kadrze i teraz w domu zastanawiają się, czyj to łeb wystaje tam w rogu.

Od razu po osuszeniu się dostaliśmy alert o zatruciu wód — o wysokim poziomie rtęci w Odrze. Potem zadzwoniliście Wy z tą samą informacją. Przez chwilę myślałem, że umrę, czego, rzecz jasna, Wam nie powiedziałem. Nie umiałem sprawdzić na mapie, gdzie jest jaki dopływ i odpływ, no i czy rzeczywiście przeżyję, czy dokonam żywota tam, w górach. MR, pogrzebawszy w necie, uratował mnie informacją, że chyba będę żył.

Póki co żyję. Zobaczymy, co będzie jutro.

PS. Jest rano, żyję. Na dworze pada i będzie padać cały dzień. Chłopaki nie ruszają na Śnieżkę: rezygnujemy z ostatniego dnia pobytu w Karpaczu, kupujemy magnesy i wracamy do domu.