Gdzie jest śmierć?

Od prawie dwóch lat moje podejście do śmierci pozostaje bez zmian — i nie mogę pozwolić na to, by jakimkolwiek zmianom uległo, jeśli nadal chcę — a chcę! — żyć szczęśliwie.
Śmierć — innymi słowy: fakt, iż każde życie się kończy — powinna napędzać nas do działania, czyli, ogólnie rzecz ujmując — do życia. A jeśli tak na nas nie oddziałuje, to niech jawi nam się jako mit, którym dla nas, dla żyjących, tak naprawdę jest, bo gdzież ta śmierć jest? Za rogiem? Nawet jeśli, to w istocie nie ma jej przy nas, nie ma jej z nami, figuruje jako koncept, jest uszyta z wyobraźni. Jeśli śmierć jest wszędzie, to nie ma jej nigdzie.
O śmierci trzeba pamiętać, ale nigdy o niej rozmyślać, tak jak nie powinno się dumać nad innymi zagadkami nieba — to strata czasu, ale robię to dziś — tylko dziś, bo jest okazja, i przysięgam, że nie zrobię tego w żaden inny dzień roku — dla dobra własnego i tych, którzy poświęcą czas, by to przeczytać.
Jeśli po śmierci coś jest, po cóż mamy się bać? Skoro coś jest, to czy nie dobrze dla nas? A jeśli nie ma? Jeśli nie ma, to czego się bać? Jeśli po śmierci nie ma nic, to czy powinniśmy bać się niczego? Gdzie bym był, gdybym był teraz martwy? Nic mnie to nie obchodzi, bo jestem tu, a nie gdzieś indziej; równie dobrze mógłbym się zapytać, gdzie bym teraz był, gdybym był starszy, kulawy, niewidzący, niesłyszący — nic mnie to nie obchodzi, bo nie jestem i mam do dyspozycji tylko teraźniejszość, bez żadnych jej alternatyw. Zresztą, jeśli żyjąc, nie potrafimy pojąć, czym jest życie, jak moglibyśmy zrozumieć, czym jest i dokąd prowadzi śmierć, skoro nigdy nie umarliśmy?
Chcę pamiętać o śmierci, ale nie chcę się jej bać. I, póki co, już się jej nie lękam, a wyzbywszy się tego strachu, nie boję się też wszystkiego innego, co mnie spotyka, bo nic gorszego nie może mi się przytrafić. Ale ciągle, bo to pomaga, o niej pamiętam — i niech tak zostanie.