Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

Wszyscy zmienimy się w konie

To ja na łóżku chcącym mnie pożreć

Czechy, Praga.

Dzień 11.

List 10, w którym nadawca zmienia odbiorcę po raz kolejny

Drogi Kamyku,

Pytałeś mnie, co tu będziemy robić; pozwól zatem, że zrelacjonuję Ci jeden z naszych dni.

Po śniadaniu w Brnie, które znów kupili mi chłopaki (w sensie śniadanie mi kupili, nie Brno), ruszyliśmy do Pragi, nie zapłaciwszy za parking pod blokiem, za który automat zażądał jakichś bajońskich sum — bajońskich nawet, jeśli podzielić je na trzy. Kamyk, tu nie ma żadnych strzeżonych parkingów, a wszystkie na ulicy są płatne; szczęście, że tego nikt nie sprawdza.

W połowie drogi do czeskiej stolicy przypomnieliśmy sobie o zakupionych vinietach i zmieniliśmy na mapie trasę na płatną, dzięki czemu zaoszczędziliśmy ponad godzinę jazdy. Zrobiliśmy tylko jeden przystanek, gdzieś w szczerym polu, tak że mogliśmy ze swobodą zatańczyć na środku drogi do A Horse with No Name, udając przy tym, że jedziemy na koniach.

W pierwszej kolejności zajechaliśmy na Wyszehrad, w końcu tu, Kamyku, na tym wzgórzu właśnie, zrodziła się cała Praga. Spacerowaliśmy, nasączając oczy widokami zamku i prawobrzeżnej Wełtawy. Wynieśliśmy stamtąd garść fotek i pomysł, by któregoś dnia udać się na rejs. Pod kościołem kupiłem sobie lody, po czym zabłądziłem na wyszehradzkim cmentarzu, gdzie natknąłem się na grób Mistrza Karela Čapeka.

W końcu nadszedł czas wjechać do ścisłej Pragi. Bagaże zanieśliśmy na kwaterę i znów musieliśmy szukać miejsca do parkowania. Znaleźliśmy kilkupiętrowy parking, gdzie PA tak przytarł progiem, że aż w duszy nam pisnęło, i potem już, zostawiwszy tam auto na cały wyjazd, poruszaliśmy się uberem.

Na obiad udaliśmy się do baru mlecznego. Zjedliśmy gulasz z czymś, co nazywa się czeskim chlebem pierogowym, a co niektórzy nazywają knedlami, choć ani to pierogów, ani knedli nie przypomina, tylko właśnie napuchnięty, gąbczasty chleb.

W drodze na starówkę wstąpiliśmy do Muzeum Sztuki Iluzji, gdzie większość wystaw należało oglądać przez ekran telefonu, inaczej serwowane tam iluzje pozbawione były mocy, a potem wczłapaliśmy się na wieżę Ratusza Staromiejskiego. Tak sobie myślę, że na każde większe miasto powinno spojrzeć się z wysokości, tak by wiedzieć, że duże jest ono tylko dla nas, tych na dole, i pozachwycać się skurczonym światem, tak nieistotnym w skali otaczającej nas nieskończoności.

Gdy wieczór był już pierwszej świeżości, wróciliśmy na kwaterę. Kamyk, chłopaki znów na dobranockę oglądali Netflixa, ale mnie wcale to nie bawiło — tym bardziej, że włączyli film, który już każdy z nas znał.

Zrobiłem sto pompek, pożyczyłem słuchawki od MR i walnąłem się na łóżko. Szczęście, że trafiło mi się oddzielne miejsce, bo MR nocą zamienia się w konia — ale jakie to było łóżko! Kamyk, wyobraź sobie, że co na nim usiadłem, to się zapadało, chcąc pożreć mnie jak potwór. Właściciel to chyba ukradł je z lazaretu.

Puściłem sobie coś, jakiś wywiad, i odwróciłem się do nich dupą. Nie byłem specjalnie zmaltretowany, tylko nie chciało mi się słuchać scen z filmu. Przez okno zresztą i tak wlewała się cała praska kakofonia dźwięków, przygniatając mnie wraz z kołdrą i dymem papierosowym. Tobie by to pewnie nie przeszkadzało, mnie nieco gryzło, ale jakoś zasnąłem.

PS. Właśnie zauważyłem, że wczoraj MR zamieniał się nocą w konia, a dziś to my — i to razem z nim, nieświadomie — jechaliśmy do Pragi na niewidzialnych koniach i wcale nie wydało nam się to dziwne. Mam takie przeczucie, że niedługo wszyscy będziemy końmi, tylko co to znaczy?

E.W.