Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

Jaki byłby prawdziwy superbohater?

Ja z przyjacielem, na drugim planie koncertujący Spiderman

Listów z podróży ciąg dalszy.

Czechy. Dzień 10, list 8:

Kochana,

Jestem w Brnie. Siedzę sam, chłopaki już śpią. List ten piszę na balkonie. Mam obok stos krzeseł, dwa stoliki i hamak. Na wzgórzu przede mną wznosi się kościół, podświetlony jak na wystawie sklepowej. Właśnie zabił dzwon.

Rano, przed wyjazdem z Ostrawy, wpadliśmy jeszcze po magnesy. Okazało się, że sklepik ten był również informacją turystyczną, kantorem, do którego i tak mieliśmy zajechać, oraz wieżą widokową (dla turystów podobno punkt obowiązkowy). Po raz ostatni rzuciliśmy więc okiem na to miasto. Patrzenie na świat z góry nigdy nie przestanie napawać mnie spokojem, no chyba, że znów wsadzą mnie do tej metalowej puchy, która przecina chmury — to zupełnie co innego.

W drodze do Brna zajechaliśmy spenetrować największą jaskinię w Czechach. Kiedyś byłem w jaskini, widziałem te wszystkie stalaktyty i stalagmity… i niby jaskinia od jaskini — tak samo jak kopalnia od kopalni czy kościół od kościoła — niewiele się różni, ale jak coś jest największe w swoim rodzaju, to czasem szkoda tego nie zobaczyć, prawda? Żeby dotrzeć do wejścia jednej z jaskiń, trzeba było iść 6 kilometrów, toteż zanurzyliśmy się w tej najbliżej parkingu.

W środku raziło chłodem. Na szczęście przewodnik — młody, nieśmiały chłopak — odważył się rzucić ciepłym słowem po angielsku. Nigdy bym nie pomyślał, że taka jaskinia może być wcale nie mniej rozległą i głęboką niż ludzkie zwątpienie. Tyle korytarzy, tyle pomieszczeń, takie przepaści, że odważyłbym się osadzić w niej całą powieść. Spędziliśmy pod ziemią dwie godziny. I powiem tak: świat po wyjściu na zewnątrz jest znacznie piękniejszy. Barwy sączą się wówczas jak z hiperrealistycznych obrazów. Życie na słońcu jest tym najprawdziwszym.

W Brnie wieje PRL-em. I to mocno. Dzięki temu jestem bardziej wdzięcznym za to, co mamy w Polsce. Poza tym mają tu kolizyjne skrzyżowania. A wiesz, co robi największą furorę na starówce (jedynym miejscu, gdzie ludzie jakkolwiek żyją)? Spiderman! Spiderman z mikrofonem, śpiewający — i to nie byle jak! — amerykańskie piosenki z lat 50 i 60. Nawet chwili się nie zastanawiałem, czy wrzucić mu parę koron. Ludzie piją, leżą na leżakach i raczą się koncertem Spidermana.

Spiderman robi co jakiś czas przerwę: Biegnie do sklepu po browara i obala go z papieroskiem do kompletu. Dzieci i tak podchodzą do niego po fotkę. Taki jest ten bohater, taki prawdziwy — gdyby superbohaterowie istnieli, byliby tacy, jak on: nie mieliby wiele pieniędzy, kopciliby szlugi zapijane tanim piwem i co i raz zjawiali się u psychologa, by dźwignąć ciężar tego świata.

To tyle.

Leżę teraz, tak jak wiesz, na balkonie na hamaku i wzrokiem zanurzam się w wymyślnym, buraczanym, bezgwiezdnym niebie. Kosmos jest nieskończony, ale świat — w przeciwieństwie do kosmosu — już nie, co znaczy, że niedługo — już za chwilę — będę z powrotem.

E.W.