Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

Wikingowie w Czechach

Listów z podróży ciąg dalszy.

Czechy, start. Dzień 8 i 9, list 7:

Kochana,

Wpadłem do domu, żeby tylko, tak rzec można, ogolić się i zmienić skarpetki. Zaraz bowiem wezwała mnie nowa przygoda.

Już przed południem sunęliśmy autem gładko jak po orbicie, bez anioła na masce z wytatuowanym diabłem. Kosmostrada do Ostrawy ciągnęła się śpiewająco. Cisnąć tą metalową kapsułą na kołach — o, to jest dopiero swoboda, w przeciwieństwie do latania samolotami, które dla wielu są symbolem wolności. Z głośników sączyły się przeboje lat 60 i 70, a my rozmawialiśmy o wszystkim, na co zdobyć się mogą myśli trzech zdrowych chłopów.

Gdy zajechaliśmy na kwaterę, tuż za siedzibę czeskiej telewizji, przywitał nas facet przypominający Ragnara. Nie wiem, czy Czesi mówią do mnie po czesku, a ja rozumiem, czy starają się mówić po polsku. Ragnara w każdym razie rozumiałem bardzo dobrze. Powiedział, że mieszka nad nami i w razie czego mamy go wołać — brakowało tylko, by wręczył nam róg, w który trzeba zadąć, gdy będą nadciągać wrogie wojska, a wówczas stawi się on z toporem. Zaznaczył jednak, że ma do nas 110 schodków, więc odpowiedzieliśmy, że jeśli ma do pokonania ich aż tyle, to nie będziemy go wołać. I zniknął jak wezwany do Valhalli.

Tego dnia zamknęli nam już wszystkie muzea: został nam więc POM i jedzenie po podróży — mięso w sosie z jakąś bułką, coś lokalnego, zadziwiającego, pysznego.

Rano ruszyliśmy do kopalni — do Landek Parku. Niewiele zrozumieliśmy z nawijki starego przewodnika, ale najbardziej chcieliśmy zjechać na głębokość podobno 600 metrów, tam, gdzie sam diabeł nakrywa się kołdrą, by zaznać spokoju. Dostaliśmy kaski i potem już wciągnęła nas ziemia. Na liczniku w windzie — choć górnicy zapewne woleliby słowo „szyb” — rzeczywiście pokazywało 600 metrów na minusie.

Przemykałem korytarzami jak na prawdziwego hobbita przystało. Parę razy uderzyłem głową o lampę czy belkę, ale to dlatego, że nie wiedziałem, jak wysoko sięgam kaskiem. Wiesz, co się okazało na koniec? Że na powierzchnię wyszliśmy schodami, a nie było ich nawet tylu, co u Ragnara. Zostaliśmy oszukani! Winda zjechała na ledwie 3 metry. Planowaliśmy zwiedzić jeszcze jedną kopalnię, ale po tym incydencie straciliśmy wszelką ochotę. Pospacerowaliśmy chwilę szlakiem, gdzie niegdyś podobno biegały mamuty, po czym wróciliśmy do miasta.

Ostrawa nie ma siły żyć. Trzysta tysięcy mieszkańców, a na ulicach w centrum ledwie garstka ludzi, w tym kilku żuli. To miasto — zapewne jak i cały kraj — przypominają Polskę sprzed 20/30 lat. Słońce zmyło tu kolory z budynków, z reklam, z aut — a wszystko, co metalowe, porosła rdza. Dodatkowo w weekend pozamykali, co tylko mogli.

Jutro ruszamy dalej. Dalej od Polski, ale jakby do niej bliżej. Rozumiesz?

E.W.