Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

Wszystkie baśniowe stwory i my

CZYLI RELACJA Z TEGOROCZNEGO PYRKONU

Zaczęło się od pękniętej gumy. Od, precyzyjniej rzecz ujmując, pękniętego bieżnika opony auta. Tru-tu-tu-tu, bach, bach — tak waliło. Myślałem, że atakują nas wściekłe ptaki, te od wiadomo kogo, żebyśmy nie weszli do Bajkowej Krainy, a potem, że co by to nie było, to nie dojedziemy tam na pewno. Franz, półżartem, powiedział, że jak będzie trzeba, wrzuci przelot helikopterem w koszty firmy. Na szczęście nasze — i ani trochę ku przygodzie — odbyliśmy dalszą podróż ciapciągiem.

Kolejka do wejścia okazała się nieziemska, jak do wrót niebiańskich, a nawet i dłuższa. I to nieprawda, że diabły do nieba nie wchodzą, bo jak chcą, czego jesteśmy przykładem, to wejdą pierwsze, o ile jakiś anioł im nie przeszkodzi. Wszystkie baśniowe stwory zebrały się w jednym miejscu. Franz skomentował to tak: „Tyle popaprańców tu przyjeżdża, żeby raz do roku poczuć się normalnie. A my jesteśmy z nimi”. Ja uważam, że to piękne, co powiedział.

Gadaliśmy z nimi, graliśmy w Jaggera i w planszówki, których zasad nie jestem w stanie niekiedy pojąć, piliśmy (ja nie) KWAŚNĄ MINĘ CZARODZIEJKI i ZMROK, żarliśmy możliwie najdroższe jedzenie i zjawialiśmy się (głównie ja) na prelekcjach, na koncertach, po autografy, porozmawiać z mądrymi głowami, które potrafią, ale tak naprawdę potrafią, pisać. Ogólnie lubię pisarzy. Ale nie zawsze. To dziwne kreatury, które też potrafią mieć swoje humory, ale to może przy mnie tak, bo zadaję im niezręczne pytania. Podszedłem do pewnego znanego pisarza, do ŁO, który jest nosorożcem z metalu, i powiedziałem, że chciałbym zrobić sobie z nim zdjęcie, jak siłujemy się na ręce, na co on, że dobra, dawaj. Nie pytajcie, kto wygrał, bo nie powiem nikomu. Powiem tylko, że takich pisarzy lubię. Bo jeśli on jest, jaki jest, i jak zdecyduje się pisać całym sobą, to potem to, co napisał, jest takie, jak on, a to się wtedy dobrze czyta.

W tym roku spaliśmy poza Krainą, w mieszkaniu u chłopa, którego nie znam, na podłodze. Wyłożyliśmy mu pokój napompowanymi materacami, tak że ledwie drzwi się otwierały, i daliśmy mu za to po stówie. No ale co, za darmo to jedynie przywitałaby nas ulica.

W Krainie było nas w sumie ze sto tysięcy. Ostatniego dnia, już pod wieczór, kręciłem się tam i kręciłem. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Nie chciałem stamtąd wychodzić, więc dreptałem wte i wewte jak na hobbita przystało. Musiałem ich w końcu zostawić, roztańczonych i rozśpiewanych, przepełnionych radością. I wmawiam sobie, że oni nadal się tam radują. Cóż, dołączę do nich za rok. Ale już tęsknię.

Zaczęło się od pękniętej gumy, a skończyło na złamanym sercu. Czy istnieją piękniejsze opowieści o życiu?

***

MATERIAŁ DODATKOWY:

Zapytajmy jeszcze tych, co byli ze mną.

Franz, byłeś na Pyrkonie. Jakie to uczucie?

Franz: Wszędzie kupa furasów i kilka dupek nago. Melanż taki, że budzisz się rano, a na telefonie zdjęcia z mamą, choć to nieprawda. Na stopach tyle odcisków, że musisz walnąć metanol, choć to nie działa.

3FFK-A, byłaś na Pyrkonie. Jakie to uczucie?

3FFK-A: Na prelekcje wstajesz gdzieś tak o 9 rano, biegasz za cosplayerami, wpieprzasz siano, chlejesz z ziomkami i kończysz z raną na stopie, bo to też prawda.

Ronaldzie Reganie, byłeś na Pyrkonie. Jakie to uczucie?

Ron: To takie miejsce, że jak przyjdziesz tam normalnie ubrany, czujesz się jakby to tobie jednak czegoś brakowało. Widziałem też gnoma na rowerku.