góry spiłowane

Jak to jest na Montserrat?
Dopóki nie pojechałem na Montserrat, nie wiedziałem, że już tam byłem. Brzmi to dość pokrętnie, więc innymi słowami: będąc tam, uświadomiłem sobie, że kiedyś odwiedziłem to miejsce — jakieś dziesięć lat temu — co można rozumieć tak, że albo wcześniej — jako bardzo młody człowiek — nie zwracałem uwagi na to, gdzie jestem, albo miejsce to nie zapadło mi zwyczajnie w pamięci, przynajmniej z nazwy, choć wtedy też nie zwracałem uwagi na obce słowa inne niż angielskie, a tym bardziej na ich znaczenie, nie wspominając już o tym, że nie miałem pojęcia, iż w Hiszpanii mówi się nie tylko po hiszpańsku.
Przypominam sobie też, że dotarłem wtedy na szczyt inną drogą: wwieźli mnie na górę autobusem, co było i jest najtańszą z opcji, a po drodze od ciągłych zakrętów zrobiło mi się tak niedobrze, że ową trasę, pomimo cudnych widoków, wyparłem z pamięci. Tym razem dostałem się na Montserrat kolejką kabinową. Na moje szczęście się nie urwała, ale na moje nieszczęście trafiłem na okres wzmożonego ruchu — dzień wolny, około południa — i musiałem odstać w kolejce prawie trzy godziny, pijąc drogą wodę i jedząc nienajtańsze lody kokosowe na patyku. Myślałem, że będzie gorzej — w ogóle z wiekiem gorzej znosi się takie atrakcje — ale chyba po Norwegii przepaście górskie nie są mi tak straszne. Ale i tak wolałbym zjechać na dół kolejką terenową, a nie znowu tą na kablu.
Na Montserrat pachniało miejscami nagrzanym, a miejscami zimnym kamieniem. Przebijająca się wokół roślinność, głównie trawy, zdawała mi się — pewnie ze względu na porę roku — bardziej zielona niż poprzednio. Znajduje się tam oczywiście klasztor, a w nim duchowni, chociaż żadnego nie spotkałem, i kościół, a w nim Czarna Madonna i niewiele więcej. Nie ma nawet gdzie porządnie zjeść, oczywiście na górze, a nie w kościele. Musiałem kupić cały chleb i ulepić kanapki z sosem aioli, inaczej zostałby mi do wyboru jedynie przeschnięty croissant.
Pospacerowałem po głównym placu, kierując się do świątyni — w końcu trzeba było zobaczyć tę Czarną Madonnę — ale ludzie w wejściu pokazywali bilety. Niestety zdarza się to coraz częściej. Spotkałem się gdzieś z tym, że by zapaliło się światło i ukazał się nam obraz w jakimś kościele, trzeba wrzucić monetę. Watykan powinien zakazać takich praktyk. Nie wpuścili mnie do środka, bo zaczynała się msza, na którą trzeba było mieć rezerwację, więc aby zobaczyć tę Madonnę, musiałbym czekać jakieś półtorej godziny. Najzwyczajniej odpuściłem. I jeśli pamięć mnie nie myli, poprzednim razem miałem podobną, o ile nie taką samą, sytuację — w każdym razie na pewno nie wszedłem do środka.
I ani wtedy, ani teraz nie wjechałem też przeszkloną windą — jedzie niemal pionowo, zresztą, co zabawne, jak każda winda — na najwyższy szczyt zębatej góry. Ani nie wybrałem się na wędrówkę okolicznymi szlakami, a głównie po to przyjeżdżają tu inni. Można z dystansu zaobserwować malutkie postacie błąkające się pod krzyżem, jak u nas na Giewoncie; poza tym, gdy patrzy się na horyzont, nie jest to patrzenie w znaczeniu szukania i łowienia czegoś wzrokiem, tylko jest to trwanie w monumentalności, które ot tak kradnie poczucie odległości i perspektywy.
Podobno jak pojechało się w jakieś miejsce raz, można tam nie wrócić, ale gdy zawitało się gdzieś dwa razy, zapewne trafi się tam i trzeci — tylko po co miałbym tam wracać? Czy rzeczywiście Czarna Madonna na mnie czeka? Czy rzeczywiście chciałaby mi coś powiedzieć?