Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

PIELGRZYM POKORNY

3 list z podróży do Rzymu, ferie 2026

Drogi Czytelniku, umiłowany (bądź nie) w Jezusie Chrystusie,

Z pasterską troską pragnę Ci przedstawić swój kolejny dzień w Rzymie. Wiedz, że bardzo dobrze mi się dziś spało — lepiej niż w domu, niż we własnym łóżku — tak samo zresztą jak wczoraj, ale teraz bardziej to doceniam. Leżę bowiem na składanej sofie, a konkretnie w miejscu zgięcia, w które się zapadam, przez co mam wrażenie, że łóżko mnie pochłania, z miłością, jakby rzeczywiście mnie chciało. Jedyną przeszkodę stanowi kołdra, a raczej poszewka — otóż najpierw trzeba rozłożyć prześcieradło, na nie ułożyć kołdrę, a na kołdrę następnie znów prześcieradło, oto poszewka, jaką tu mają, zupełnie niepraktyczna i ciągle się w nią plączę, kiedy obracam się z boku na bok. Ale i tak całą noc śpię, nurzając się w snach, ale może to również dlatego, że nie muszę zaczynać dnia wcześnie, a perspektywa powrotu do pracy nadal wydaje mi się odległa. Kolejna przeszkoda w spaniu nachodzi dopiero rano. Nie trzeba tu nastawiać budzika — obudzi Cię tu o dziewiątej albo akcja czyszczenia ulic, albo chłop ciągnący po chodniku pusty kubeł na śmieci, którego klapa, poruszana przez każdą nierówność, dudni jak bęben od perkusji, rozchodząc się na pół dzielnicy. Chłop ciągnący pusty kubeł to nie zjawisko charakterystyczne dla tej ulicy, tylko dla każdej, a żaden z nich nie ma świadomości, jak bardzo to przeszkadza, kiedy nie trzeba budzić się przed dziewiątą. W duchu jedności i miłości przyjmuję jednak ich zwyczaj, pamiętając, że wszyscy należymy do jednej rodziny ludzkiej, a każdy jakoś musi ciągnąć ów żywot.

Deszcz nie mógł dłużej wytrzymać i w końcu puścił. Pierwsze więc, co zrobiłem po wyjściu z kwatery, to zaszedłem do Chińczyka — ma sklep po drugiej stronie, drzwi naprzeciwko — i kupiłem od niego parasolkę za trzy euro. Plecak wystawał poza jej obręb i ciekło mi strumieniem na ostatnią kieszeń. Starałem się więc trzymać parasolkę jak najniżej, aż włosy mi wchodziły między szprychy i czułem skubanie, toteż jedynym ratunkiem okazała się czapka. Na szczęście Zamek Świętego Anioła (nadal mam problem, by tak go nazywać, i wolę mówić, że to Mauzoleum Hadriana, tak jak powinno być, a nie tak, jak wymyślił sobie pod koniec szóstego wieku papież, który zrobił z niego więzienie) znajdował się dość blisko, więc mogłem się ukryć na czas największej ulewy. I szczęście w nieszczęściu, że kupiłem wcześniej bilety, inaczej stałbym w kolejce na deszczu, bo nagle — wiadomo, jak to w taką pogodę — wszystkim się zachciało zwiedzać. Woda lała się strumieniem do środka po kamiennej rampie, ale tuż po wejściu skierowałem się ku górze, idąc wijącym się tunelem, aż kręciło się w głowie i robiło się duszno. Drepcząc z bólem w kolanach, usłyszałem następujący komentarz:

— To niemożliwe, by cesarz poruszał się tu kiedyś o własnych siłach. Musieli go nosić, w końcu był cesarzem.

A ja wtedy pomyślałem, że to rzeczywiście niemożliwe, bo nikt zmarły nie może się już poruszać o własnych siłach, nawet władca, a to w końcu mauzoleum, więc musieli go biedaka nosić.

Oprócz Hadriana pochowali tu jeszcze innych cesarzy, między innymi Antonia Piusa, Lucjusza Werusa i, co dla mnie najważniejsze, Marka Aureliusza. Specjalnie po to zabrałem ze sobą jego Rozmyślania, po to, by odczytać fragment nad miejscem jego pochówku, ale sala z prochami, nie dość, że mała, to również ich pozbawiona. Dopiero później dowiedziałem się, że prochy władców zostały skradzione (albo, tak sobie myślę, zutylizowane przez papieży, którzy musieli poczuć się ważniejsi, czyli ponad niewiercami). I jedyne, co zobaczyłem, to sale papieskie, średniowieczne bronie, a także widok na Rzym ze szczytu — stamtąd najlepiej widać, jak bardzo na tle miasta nie pasuje pod względem proporcji Ołtarz Narodowy. Ciągle siąpiło i wiało, tak samo gdy chodziłem wokół mauzoleum, i najrozsądniej było schować się w środku, póki miałem jeszcze taką możliwość. Droga bowiem jest niekiedy wymagająca, zdarzają się chwile zmęczenia i niepewności. Wówczas szczególnie mocno odczuwam, że człowiek nie jest samowystarczalny i potrzebuje czegoś więcej niż to, co ma przy sobie.

Deszcz ustąpił, zupełnie jak za sprawą poległych cesarzy, takich jak Marek Aureliusz, którzy godni byli — z pewnością bardziej godni niż papieże — zasiąść po śmierci między bogami, których uprosili o chwilę przerwy, specjalnie dla mnie. Doszedłem na Piazza Navona, gdzie zjadłem maritozzo, następnie obszedłem fontannę, a w kościele obok znalazłem dwa obrazy na wypożyczeniu: jeden Caravaggia, a drugi Rubensa. Przeszedłem znów pół Rzymu, by dojść do muzeum narodowego, a po drodze, w jednym ze sklepików, znalazłem popiersie właśnie Marka Aureliusza, które zamierzam postawić na biurku, tak by patrzył na mnie zawsze, a najbardziej w chwilach słabości i  zwątpienia, w chwilach, gdy świat traci kolory, w chwilach, gdy cisza waży więcej niż słowa, w chwilach, gdy samotność siada obok i w chwilach, gdy nie wierzę już w nic.

Kierując się do muzeum narodowego, kierowałem się również ideą, że warto odwiedzić muzeum narodowe każdego kraju — tak jak zawsze — w końcu gdzie mogą znajdować się lepsze eksponaty? Od razu zaznaczę, że w przypadku Rzymu to nie tu — tu są, tak w skrócie, same pokruszone łby i garść monet. Co najlepsze kąski zostały skradzione. Jeśli nie do innego kraju, to przynajmniej do… w sumie też do innego kraju, bo do Watykanu. Mam czasem wrażenie, że Watykan powstał tylko po to, by wiadomo było, że to, co najlepsze, to my. To, co inne, to my. To, co najdroższe, to my. To, co mamy my, mamy my, a nie ktoś inny, nie jacyś oni.

Dowiedziałem się, że w Rzymie jest pięciu chłopa, czyli Five Guys — więc gdzie indziej mogłem zjeść? Pragnąłem tego burgera od dnia, w którym zjadłem go ostatni raz, bodajże w Strausburgu. Dzięki takiemu jedzeniu zawsze patrzę na świat oczami wdzięczności. Tutejszy Five Guys mieścił się — tego się nie spodziewałem — na dworcu. Nieco to nienaturalne, chodzić na obiad na dworzec, ale gdy odkryłem, jak wielki jest i ile tam sklepów, to przyznaję, że nie byłem nigdy w większym centrum handlowym, a restauracji szukałem z pół godziny. Ze wszystkich lokali spod tej marki burger w tej był najdroższy, a kolejny zawód stanowił brak orzeszków.

— Nie ma u nas orzeszków.

— Co?

— Nie ma.

— Co? Jak nie ma orzeszków?

— Bo to otwarta przestrzeń, wszyscy by je brali.

„Brali”, żeby nie powiedzieć „kradli”. Bez orzeszków to nie jest to samo miejsce, ale podróżowanie ma uczyć pokory i tym razem chciało to zrobić właśnie w taki sposób. Po zjedzeniu burgerów (frytek nie dałem rady dokończyć) zapytałem:

— A czy mogę dostać taką czapkę?

— Co?

— Ta czapka, którą nosicie. Mógłbym ją od was dostać? Mogę też ją kupić, jeśli można. A może macie na magazynie jakąś, która wam zalega?

— Ha, ha. Nie, nie.

Nie udało się. Nie znaczyło to jednak, że nie starałem się pozostawić w tym miejscu śladów życzliwości.

Gdy zszedłem na dół, zastałem deszcz. Ścianę deszczu, która kazała mi się zastanowić, czy rozkładać połamaną już parasolkę, czy wołać na ratunek cierpliwość. Poczekałem wśród bezdomnych i krętaczy i, ponieważ dworzec był naprawdę długi, ruszyłem nim w stronę uliczki, na której znajdowała się Bazylika Matki Bożej Śnieżnej. Już z dworca, z wnętrza jednego ze sklepów, widziałem pnącą się ponad inne budynki wieżyczkę.

Trzeba było przejść przez kontrolę, a w środku, po lewej stronie, w bardzo małej wnęce, pod białą kamienną płytą, na której leżała pojedyncza biała róża, spoczywał On — Papa Francisco. Tam właśnie chciał być pochowany, nie tam, gdzie inni papieże, tylko blisko najróżniejszych ludzi, blisko podróżnych i migrantów, zawsze na wyciągnięcie ręki. To już dziewięć miesięcy, jak go z nami nie ma — nawet nie rok! — a wydaje się, jakby minęło co najmniej kilka lat; to chyba znaczy jedynie tyle, że bardzo go nam brakuje, Drogi Czytelniku. Szczególnie dziś, zwłaszcza w tym roku. Papieża, którego potrzebowaliśmy, znaleźli na końcu świata i mieliśmy go zawsze pod ręką, zawsze pomocnego, zawsze rozumiejącego, przeczącego chorej logice kościoła i będącego przeciwnikiem kościelnego bogactwa i pedofilii, a tego, który jest teraz i który niewiele robi, znaleźli pod ręką, za to my nie mamy go pod ręką i chłop nie potrafi nawet — tak jak Papa Paco — sprzeciwić się pomarańczowemu kryminaliście, mimo że mówi w jedynym języku, który zna ten ograniczony ludź (żeby nie powiedzieć „człowiek”). Klęknąłem nad Franciszkiem i pomodliłem się do niego po hiszpańsku. Nie obchodzi mnie to, że nie został uznany za świętego ani nic w tym rodzaju, wystarczy, że ja uważam, że on, jako jedyny z papieży, był godny zasiąść przy Bogu i najbardziej za swego życia zbliżył się do świętości, takiej zwykłej, ludzkiej, jezusowej. Jeśli ktokolwiek ma rzeczywiście mieć wtyki u Boga, to jedynie Jorge Mario Bergoglio. Kupiłem replikę krzyża, który nosił, choć ja krzyża nie noszę, i zszedłem tuż obok do muzeum Papieża Polaka.

Tak wyglądał mój dzień. Teraz leżę w łóżku, trochę poczytuję CRIMEN Y CASTIGO, bo znalazłem w tutejszej księgarni, i oglądam Breslau. Mam nadzieję napisać jutro kolejny list. Na dziś kończę.

Z wyrazami czci i oddania,

Pokorny pielgrzym Emilian