Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

BUONASERA

Ja nocą, a w tle Mauzoleum Hadriana

1 list z podróży do Rzymu, ferie 2026

Drogi Czytelniku,

Chyba coraz lepiej znoszę loty, bo jedyne, czego się teraz obawiam, to żeby nie trafił się obok mnie płaczący dzieciak. Oczywiście tym razem się trafił, a nawet dwóch — jeden siedział rząd przede mną, drugi trzy za mną, a zalewali się łzami, ponieważ „bolały ich uszy”… od ciśnienia. Z jakiegoś powodu nie umieli sobie z nim poradzić, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe — w końcu przeżyli, ile przeżyli, głównie dlatego, że nauczyli się przełykać, nie? A teraz co? Z pewnością łatwiej im przełknąć ślinę — albo wodę, sok, cukierki — niż mnie ich wycie, ale dałem radę.

Po wylądowaniu pasażerowie bili brawo, z czym spotkałem się pierwszy raz od dawien dawna, a wtedy jeden z dzieciaków — ten za mną, który nie miał więcej jak trzy lata — powiedział: „Tylko dziesięć procent ludzi klaszcze, ale klaszcze”. Takie słowa z ust niespełna trzylatka, ale przełykać już nie potrafił?

(Tak na marginesie, ostatnio tanie linie lotnicze, którymi latam, dodają posty na socjale w stylu: Macie to, za co płacicie. Albo: Nie będzie u nas nigdy rozkładanych foteli. Albo: My to mamy was zabrać z punktu A do punktu B, za wszystko inne się płaci. Albo to, chyba najlepsze: U nas klaskać mogą tylko pasażerowie poniżej 13 roku życia).

Po wyjściu z lotniska Ciampino znów przywitał mnie hałas, tym razem darcie ptaków, które dobiegało z głośników — obok bowiem znajduje się jakaś baza militarna i miało to chyba odstraszać inne ptaszory — a ja chodziłem wokół, starając się oddalić, by pochwycić tańszego przewoźnika, ale wycwanili się tak, że nie da się ustawić na mapie punktu odbioru poza terenem lotniska, jeśli się jest w okolicy. Wróciłem na postój, odczekałem w kolejce i pierwsze, co usłyszałem od taryfiarza, gdy wsiadłem na przód:

— Niezłe masz wąsy.

— Dziękuję.

Jechał swoimi uliczkami, ledwie przeciskając się między wiekowymi murami, ale przynajmniej zaoszczędziliśmy na tym z dziesięć minut.

Opowiadał mi po drodze:

— Tam widać bazylikę świętego Piotra, tu Koloseum, obok łaźnie, tu mauzoleum Hadriana, a tu mijamy Usta Prawdy.

— Aha, tak.

Tłumaczył i kasłał, wręcz się dusił, a ja modliłem się, żeby na czas wyjazdu nie złapać jakiejś rzymskiej zarazy. Na koniec chciał za to pięć gwiazdek.

Pod drzwi kamienicy przyszedł młody Włoch i zaprosił do środka. Trzeba było przejść przez patio wyłożone marmurem i wejść na pierwsze piętro. Wytłumaczył, co i jak, i pokazał, co gdzie jest, a potem kręcił się po mieszkaniu i kręcił, jak gdyby wcale nie chciał stamtąd iść.

— Takie jak na zdjęciach? — zapytał.

— Mieszkanie?

— Tak.

— To niby to mieszkanie, co było na zdjęciach? — odpowiedziałem pytaniem na pytanie, udając zaskoczonego.

Roześmiał się niespodziewanie i wysłał jakąś dodatkową umowę na telefon, twierdząc, że niestety jest to konieczne, bo jak ktoś gubi klucze, to nie chce za nie płacić (i tym podobne).

— Chodzi tu czasem, tymi ulicami, papież? — zapytałem, ponieważ od bram Watykanu dzieliło mnie z pięćdziesiąt metrów.

— Może czasem, ale to nigdy nie wiadomo.

— No tak.

— To chyba tyle — podsumował z uśmiechem.

— Chyba tak, a teraz idę na miasto coś zjeść.

— Ćwicz włoski.

— Aha. Znam tylko buongiorno, buonasera, carbonara, pizza i frutti di mare — powiedziałem, dopiero później mi się przypomniało, że znam jeszcze borseggiatore.

— Oh, frutti di mare! Uwielbiam! Ale najlepsze jest spaghetti alle vongole!

— Nie znam.

— Z małżami!

— Umiesz takie zrobić?

— Umiem. Od małego gotuję. — Pokazał na wysokość bioder.— Mam młodsze rodzeństwo i zawsze im gotowałem, wszystko, co chcieli.

— To może mi coś ugotujesz… na przykład ostatniego dnia? Masz jakieś menu ze sobą?

Znowu roześmiał się niespodziewanie, a potem już wyszedł, tak samo ja, którego stać było jedynie na powolny obchód miasta. Udałem się więc na plac św. Piotra, nad którym wisiały złowrogie chmury. Podobno tu, w miejscu świętym, jest paradoksalnie najwięcej zła, ale o tym, Drogi Czytelniku, napiszę Ci innym razem.

Ciągle mnie ktoś zaczepiał, a czarnoskórzy chcieli zbijać piątki — oczywiście, jak odmówię, będę rasistą, ale znam ich numery: tu piątka, a zaraz przełożą ci na rękę bransoletkę i daj, kolego, trzydzieści euro, kiedy masz zaciśnięty supeł na nadgarstku.

Zjadłem makaron z okienka — słony, ale pyszny: wziąłem dwie porcje, carbonarę i z peccorino i pieprzem — i przeszedłem się do Hadriana, a następnie przez najstarszy most w Rzymie, dosłownie naprzeciwko, i zszedłem nad Tybr, gdzie woda była wysoka i sięgała niemal butów. Przekroczyłem granicę sacrum — i to dwukrotnie — bo stanąłem pod sąsiednim mostem i odlałem się prostu do Tybru. Nigdy nie lałem w takim miejscu, ale pozbawiony wyboru, ubłagałem bogów, ażeby mi wybaczyli, uznając, iż to właśnie jest moja ofiara dla mętnej rzeki. Podobno Tybr „widzi”, ale nie ocenia. Jest obecny przy narodzinach, triumfach i upadkach, lecz nigdy nie interweniuje bezpośrednio. Tego zamierzałem się trzymać.

W drodze do kwatery wszedłem do sklepu na szybkie zakupy, ale nie znalazłem nic ciekawego, a w mieszkaniu włączyłem ot tak telewizor, czego nie mam w zwyczaju robić, i okazało się, że niejaki Willian — Hiszpan — nie wylogował się z Netflixa, więc dla podtrzymania klimatu wybrałem film rozgrywający się w Rzymie — „Fałszera”. Nic specjalnego.

Mam trochę czasu do północy. Teraz puszczam Castigadora, czyli Punishera po hiszpańsku, ten starego z Travoltą, i zasypiam przy wybuchach i strzelaninie.

E.W.