Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

RADIO KAMCZATKA

Photo by Jan Huber on Unsplash

[Prowadzący (głosem żywym, pełnym entuzjazmu)]:

Drogie Słuchaczki, Drodzy Słuchacze!

Jest piątek, wieczór, a Wy co?

My z chłopakami siedzimy w domku drewnianym, z dala od ludzi, gdzieś pod lasem i niedaleko wody. Dziadek Pawełka postawił go własnymi rękoma w 1979 r. Czy kiedykolwiek się nad tym zastanawialiście? Może o tym pomyślcie, a nuż z większą dozą podziwu i szacunku byście tu z nami trwali, gdyby nadarzyła się okazja, zamiast błąkać się po mieście. Domek stoi tu do dziś i trzyma się nieźle, a wy co? Czy to samo możecie powiedzieć o sobie? Wątpliwe, prawda?

Po włożeniu klucza w jeden zamek — nigdy nie wiadomo, czy w górny, czy w dolny — trzeba nim kręcić wbrew logice, odwrotnie, niż się powinno, żeby drzwi się otworzyły. Ależ to jest urokliwe! Do tego należy porządnie je potraktować barkiem. W środku znajdują się stoliki, krzesełka, ławki — niektóre w prezencie ode mnie — a obok jest niewielka kuchnia, a w niej szafki, półki z przyprawami, słoik z herbatami i wyłączona z użytku lodówka. Najważniejsze jednak, że działa czajnik. Maciek mi proponuje herbatę, ale szybko się orientuje, że najpewniej nie ma na stanie cytryny, no ale jest kwasek cytrynowy w proszku. Nigdy nie korzystałem z kwasku i nie wiem, ile go dać, żeby wyszedł taki napar, jaki lubię. Podobno normalni ludzie dają tyle, co na czubek noża, więc ja daję trochę więcej. Gdy woda w czajniku się zagotowuje, to w kuchni gaśnie światło — wtedy się wie, że można zalewać kubki. Ostatecznie wychodzi herbata taka, jaką lubię, czego nigdy bym się nie spodziewał. Kwasek cytrynowy to magia dawnych dni zamieniona w nowoczesny proch. Od niego herbata zmienia nawet kolor. Po co komu cytryna? A wy, co pijecie, Drodzy Słuchacze? Bo na pewno nie herbatę, a już na pewno nie herbatę z kwaskiem cytrynowym!

W głównym pomieszczeniu jest kominek, również wybudowany rękoma dziadka pawełkowego, zapewne w tym samym roku. Też stoi do dziś, trzyma się nieźle i nam służy, więc niczego chcieć więcej nie trzeba, a nawet się nie powinno. Bierzemy drewno ze składziku i niesiemy je w wielkiej plastikowej misce, co jest niewygodne dla palców. Trzeba ją postawić w przedsionku, bo nie mieści się we framudze.

Szczur rozpala w kominku, popijając colę, a do tego czasu z boku chodzi jedynie mała farelka, której dech jest wręcz niewyczuwalny. Szczur twierdzi, że tylko on może rozpalać w kominku. Że jest ogniowym, tak mówi, a rozpalanie ognia to prawdziwa sztuka. Jak dla mnie, to pierdoli, ale niech mu będzie. Żeby wzniecić ogień, wyjmuje suszarkę i dmucha nią do środka na wepchnięte, połamane gałęzie. Zanim piec się nagrzeje i zacznie oddawać ciepło, musi minąć dobrych kilka godzin, ale nam i tak jest dobrze, a jak komuś doskwiera zimno, może usiąść tuż przy ogniu. Raz, pamiętam, Maciek usiadł tak blisko, że zaczęła mu topnieć kurtka, aż poleciał dym. Po jakimś czasie biorę krzesełko i siadam przy ogniu, ale kurtkę zdejmuję, bo inaczej będzie mnie izolować od ciepła.

Szczur zdejmuje z półki nad książkami radio, duże i przedpotopowe. Szuka kawałka ułamanej anteny. Włącza je, a wtedy rozlewa się kojący szum, co dla mnie jest tak uspokajające jak szum wody o poranku we mgle. Suwa przełącznikami, coś klika i poprawia antenę. Słychać w głośnikach pozostałości po Wielkim Wybuchu. Co najlepsze, radio to ma taki zasięg, że odbiera stacje z Kamczatki, a nawet z małych prowincji z Chin. Bez anteny sięga jedynie na Białoruś, ale z anteną bez problemu słychać chińskie melodie.

Tak więc siedzimy, rozmawiając, a Pawełek włącza konsolę, a na niej jakąś gierkę, a Wy?

Drodzy Słuchacze, zostańcie z nami, bo choć świat za oknem pędzi, tu znajdziecie chwilę wytchnienia i rozkoszy ducha!

[Wypowiedź przechodzi w melodię z dalekich Chin]