Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

małe literki

Photo by nadi borodina on Unsplash

Bolące plecy i spuchnięte kolana — niektórym się wydaje, że są to oznaki starzenia się, tyle że ww. dolegliwości męczą mnie już od dawna. Cóż, taka genetyka, jakaś niedorobiona — o czym jestem przekonany, kiedy patrzę na innych członków rodziny, szczególnie na obolałe kolana mamy, na wypadający dysk u babci, na strzelające stawy ojca. Mnie czeka to samo, a może i coś gorszego, bo przecież mówią, że w moim wieku mogli zaorać całe pole zębami, wcale się przy tym nie męcząc, a ja, jako fuzja dwóch wadliwych genetycznie osób, nie dałbym rady i siłą tego zjawiska jestem narażony na mniej przyjemne scenariusze.

Od ponad dwóch miesięcy, odkąd wróciłem z Norwegii, mam spuchnięte kolano i muszę nogi trzymać na prosto, kiedy siedzę; nawet muszę czasem zdejmować z siebie kota, bo za długo tak z nim nie usiedzę, a futrzakowi się to ani trochę nie podoba. Ale regularnych kontuzji doznawałem już odkąd pierwszy raz zagrałem w piłkę, a pleców, odkąd poszedłem na pierwszy trening boksu, do tego przeskakują mi łokcie, coś uwiera mnie pod lewą łopatką, a szyja po nocy sztywnieje. Oczywiście czas w tym nie pomaga, nasila ból i udowadnia, że regeneracja nie zachodzi tak szybko jak kiedyś, ale ww. bolączki jako takie nie są kwestia starzenia się, a ja właśnie chciałem napisać teraz o zmianach w człowieku zachodzących wraz z wiekiem, ponieważ z jednej właśnie zdałem sobie sprawę.

Otóż kupowałem niegdyś książki w wydaniach kieszonkowych, nie z uwagi na ich kompaktowość, tylko na cenę — były średnio po trzydzieści złotych tańsze, a ja pochłaniałem je jedna za drugą, do tego leżały w supermarketach na gromadzie, więc je brałem jak cukierki. Jasne, że były mniejsze. Że druk — czcionka, odstępy między liniami — były mniejsze, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Otwierałem powieść i przepadałem, nie bacząc na rozmiar tekstu. Jedynie babcia, której pożyczyłem niekiedy książkę do sanatorium, męczyła się z nimi i pytała, czy nie mam czegoś większego do poczytania.

Teraz już nie bardzo chcę kupować książki kieszonkowe, mimo że są nieco większe niż kiedyś, droższe niż kiedyś też, ale jednak tańsze od regularnych wydań. Zresztą tekst w książkach kieszonkowych też można by dostosować i rozłożyć inaczej, tak by czcionka była jednak większa, tak samo odstępy między wierszami, ale to już odrębna kwestia, nigdy nie rozwiązana przez lenistwo ze strony wydawnictwa, które dobija kabzę tymi książeczkami, traktując je również jako reklamę, bo w końcu leżą wszędzie.

Teraz nie bardzo chce mi się czytać książki w wydaniu kieszonkowym. Męczę się z tekstem, jest za mały, to raz, a dwa — męczę się z tym, że nie do końca chcą się otwierać, tak zbite i ściśnięte, a ja, czytając, muszę przesuwać po zdaniach wskaźnikiem, żeby się nie pogubić, bo inaczej dostaję oczopląsu.

Kupowanie ich to jedno, gorzej, że nie chce mi się czytać tych, które już mam, a jeszcze gorzej, kiedy nabędę książkę normalnych rozmiarów, a potem uznam, że czcionka w niej również jest za mała.

I to jest, drodzy państwo, ta pierwsza oznaka starzenia się w moim wykonaniu — niechęć do czytania małych literek, a nie bóle kolan czy pleców. Tekst może być za mały — no i jest — za to odpowiedź w takim wypadku jest bardzo wyraźna i zauważalna.