MAMO, WRACAM!

List 9, Sandefjord -> Warszawa
Mamo, wracam!
Wygrzebaliśmy się rano z dziczy. Wokół ani zwierząt, ani ludzi. Farma też nadal stała pusta, gdy wracaliśmy tą samą drogą do głównej ulicy. Przystanek autobusowy znajdował się niedaleko, więc Maciek w międzyczasie szukał w telefonie rozkładu jazdy, a zaraz potem musiał się dowiedzieć, jaką apkę ściągnąć, żeby pobrać bilety na komunikację miejską. Nie chcieliśmy zakończyć tej podróży tak niemiły akcentem, jak mandat za jazdę na gapę. Niestety każdy rejon ma swoją apkę, o czym już chyba pisałem, ale narzekania w moim przypadku nigdy za wiele, a zatem powtórzę, że jest to uciążliwe i aż ciężko uwierzyć, że Norwegia nie znalazła w tej kwestii jednolitego rozwiązania.
— Emilian, najbliższy autobus będzie za czterdzieści minut — powiedział Maciek, starając się pozostać w cieniu, które dawało jedno drzewo zachodzące na pole suchych traw, podczas gdy ja, ponieważ inaczej się nie dało, stałem w szczerym słońcu.
— Maciek, to ja łapię stopa.
— To łap, tylko za bardzo nikt tu nie jeździ.
Odkąd stanęliśmy na przystanku, minęły nas ze dwa auta, a przez kolejne minuty nic nie nadjeżdżało, więc musiałem zakrzywić rzeczywistość:
— Następny, który będzie tędy przejeżdżał, od razu się zatrzyma. Chcesz się o tym przekonać?
— No dawaj.
— To patrz.
Wysunąłem kciuk, a ręką poruszałem dość automatycznie, jak robot uprzedzający o zjeździe do restauracji, którą większość podróżnych najzwyczajniej mija w pędzie.
Zatrzymało się pierwsze auto. Niestety mam — nazwijmy to — autoprosopagnozję, więc nie powiem, jakie to było auto, a jedynie, że było niewielkie i koloru granatowego, a za kierownicą siedział chłopak w mniej więcej naszym wieku. Może kilka lat starszy.
Jak tylko kierowca odsunął szybę, powiedziałem:
— Zabierzesz nas na dworzec autobusowy?
— Tak. Macie bagaże?
— Tak. — Pokazałem na plecaki.
— To już wam otwieram bagażnik.
W środku walał się ekwipunek robotnika, jakieś plastiki i pędzle.
Gdy wsiadłem na miejsce pasażera, podałem mu rękę i zapytałem:
— Jak masz na imię?
— Krzysztof.
— Z Polski jesteś? — dopytałem, trochę głupio, ale to przez to, że nie mogłem w to uwierzyć.
— Tak.
— No ja pier… Nie wierzę. I ty też nie uwierzysz, jak ci powiem, że większość ludzi, która nam pomogła w tej podróży, była Polakami.
— Ha, ha.
Krzysztof pracuje już w Norwegii od czterech lat, ale powtarza to, co inni — że trzeba się będzie niedługo stąd zabierać, bo odkąd spadła korona, nie jest tu wcale tak ciekawie. Ściągnął go tu kiedyś wuj, żeby sobie chłopak dorobił, no ale teraz ciężko coś z tej wypłaty odłożyć. Trzyma go tu jedynie fakt, że pracuje cztery godziny dziennie. Od szóstej do dziesiątej, mniej więcej. Może nieco dłużej zimą, bo są gorsze warunki na drodze, a jeździ śmieciarką i opróżnia kosze. Więc jak zrobi to, co musi na dany dzień zrobić, to kończy i gna do domu. Ale mówi, że przez to wstawanie rano bardzo cierpi, a ja mu na to, że znam ten ból i wcale mu się nie dziwię. Mam tak samo. Po robocie, jak wróci do siebie, to jest senny, morzy go i w sumie to co z tego, że ma potem cały dzień dla siebie, jeśli za nic tak naprawdę się nie weźmie. Kiedyś jeszcze uczył się norweskiego — w miarę go rozumie i potrafi się dogadać z Norwegami — ale jak tylko budżet na dofinansowywanie lekcji dla obcokrajowców się skończył, to skończyły się i lekcje, a samemu ciężko do tego wrócić.
— To wy już wracacie, lot macie, tak? — zapytał Krzysztof.
— Tak.
— To mogę was od razu na lotnisko zawieźć, jak chcecie.
— Ale wiesz co — odezwał się Maciek. — Musimy jeszcze zakupy zrobić.
— Maciek, odpuść — powiedziałem. — Z piciem i tak cię nie przepuszczą przez bramki, to ile tej wody wypijesz przez trzy godziny? A bułkę to sobie kupisz na lotnisku, tam coś zjesz i nie będziemy musieli płacić za autobus ani szukać apek.
— No dobra, w sumie tak — przyznał mi rację.
— To wieź nas na lotnisko, Krzysztof — podsumowałem.
— Nie ma problemu.
Wcale nie było tak daleko, jak mi się zdawało, że będzie, ale zawsze to dla nas lżej. Podziękowaliśmy mu i się z nim pożegnaliśmy, odchodząc na znany mi już z poprzedniej wizyty w Norwegii terminal.
— I tak musimy się teraz pozbyć tej wody, co mamy, Maćku.
Usiedliśmy do stolika, gdzie czekała zgraja innych osób. Większość z nich pod ścianą ładowała telefony. Oczywiście trafił się jakiś debilon, który musiał puszczać hinduską muzyczkę tak, by słyszeli ją inni.
Przed odlotem kupiłem kiełbasę z łosia, z renifera i wieloryba, klasyczny zestaw, i zżarłem już ostatni raz tego ich obrzydliwego hot-doga, a do bramki ustawiłem się tak, że plecak trzymałem między nogami, żeby wydawał się mały i nie kazali mi go wciskać do stojaka.
Nie myślałem, by tego dnia i o tej porze uzbierał się cały samolot Polaków. Jeszcze przed chwilą lotnisko ziało pustką, a tu nagle tylu rodaków! W rzędzie, w którym miałem miejsce, usiadł podstarzały dres, jakby były więzień, ale zaraz go wyczytali i musiał wstać. Wywołali go przez głośniki, więc poczłapał na przód i ostatecznie przepadł. Nie wiem, co się z nim stało, ale pomimo swojego wyglądu zdawał mi się osobą dość bezproblemową.
W Necie trąbili, że w Polsce są problemy na lotnisku, właśnie z WizzAirem, ale wyglądało na to, że zanim tam dotrzemy, będzie już wszystko działać jak należy. W Polsce miała czekać na nas Mama Asi, która pracuje w szpitalu na Banacha, więc lepiej, byśmy się nie spóźniali, nikomu bowiem nie marzy się powrót do Pułtuska autobusem.
Po wylądowaniu nie bardzo mieliśmy czas, żeby iść na jedzenie — musieliśmy odpuścić burgera w Jeff’s, co niezwykle mnie poirytowało — i ciągle mnie kusiło, żeby opędzlować jedną — albo chociaż pół — kiełbasę z renifera.
— Milo, widzisz tamten budynek? — zapytał Maciek, gdy szliśmy już po terenie szpitala.
— Tak.
— To też jest szpital, ale psychiatryczny.
Opowiedział mi, że zna jedną osobę, która tam wylądowała, bo podpaliła dom. Z kotem w środku. Ale nic nikomu się nie stało.
Usiedliśmy na korytarzu, żeby poczekać na Mamę Asi. Jadłem orzeszki, które rozsypały mi się w nerce (już drugi albo trzeci raz!), i przyglądałem się, jak mała dziewczynka wali z plaskacza w akwarium, odstraszając rybki. Jej matka wcale na to nie reagowała.
— Maciek, mogę zwrócić im uwagę?
— No co? Matka jest teraz bardzo zajęta patrzeniem w telefon.
— Daję im dwadzieścia sekund.
Ostatecznie odeszły i niedługo potem zjawiła się Mama Asi, która zaprowadziła nas do auta, i ruszyliśmy w drogę do Pułtuska. Opowiadała trochę o pracy, o bocznych lusterkach w aucie i podróży do Brazylii.
Dojeżdżając do Pułtuska, nie mogłem uwierzyć, że to już. Że to wszystko się udało. Ale tylko martwi nie wracają, a ja żyłem i miałem się dobrze, choć nie byłem już taki sam, jak przed wyjazdem. W końcu tamten ja umarł.
E.W.