Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

DJ, BUDOWLANIEC, KABINA

ja po dotarciu do kolejnej kabiny

List 5, Balestrand -> Vik -> Vossevangen

Mamo,

Po północy, kiedy rozszalał się deszcz, dołączyła do nas druga koleżanka, tym razem Norweżka, ale ponieważ zasnęliśmy, nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Dopiero rano, widząc, że się przebudzamy, poinformowała nas o tym Jessica.

— Zapraszałam ją do środka, przecież padało — mówiła Jessica, ale podróżniczka wolała do nas nie wchodzić. Wcale jej się nie dziwię — nie wiadomo, kto nocuje w takim domku — więc rozłożyła się w namiocie pod wiatą, tak że mogliśmy ją słyszeć, to stukanie o drewno, gdy przekręcała się z boku na bok.

Usiedliśmy na tarasie do wspólnego śniadania, by się lepiej poznać.

Ma na imię Yngve, jest DJ-ką i jeździ po festiwalach. Z tego żyje. Jest z północy. Na jesieni broni magisterkę, by zostać projektantem przestrzeni miejskich (albo coś takiego). Chyba jest na to zapotrzebowanie, Norki bowiem starają się zagospodarować każdą dostępną przestrzeń: plaża, przy której są skały, nie może być po prostu plażą — musi być plażą ze ścianką wspinaczkową, i tak dalej.

Jessica miała butlę z gazem i grzała Maćkowi wodę na herbatę, a Yngve usiadła na ławce i jadła orzeszki.

— Czy w Norwegii rzeczywiście wszyscy czytają Jo Nesbo? — chciałem wiedzieć.

— Hmm, powiedzmy — odpowiedziała Yngve. — Na pewno moi rodzice.

— A czy znasz Karla Ove?

Powiedziałem jej, że jestem wielkim fanem tych dwóch, a ona się dziwiła, że w ogóle czytam literaturę norweską.

— Czytam literaturę z całego świata — wyjaśniłem.

— Fan Jo Nesbo i Karla Ove? Powiem im, ile dla ciebie znaczą, gdy ich spotkam. Czyli najpewniej nigdy.

Porozmawialiśmy jeszcze o kulturze, ale bardziej o filmach — każdy oglądał jakiś norweski film, no i myślałem, że każdy zna ingmara bergmana, ale Yngve nie bardzo. W sumie, jak sobie potem uświadomiłem, to ja dałem plamę, bo to reżyser ze Szwecji, a po drugie, jako jeden z nielicznych płakał po śmierci hitlera, więc lepiej go nie wspominać, a jeśli już, to jedynie to, co stworzył, czyli konkretne tytuły.

Zrobiliśmy wspólne zdjęcie — tu nasze drogi się rozchodziły — i ruszyliśmy z Maćkiem na dół. Po drodze spotkaliśmy sporo osób. Najwidoczniej o tej porze zaczynali rekreacyjne wspinaczki. Jeszcze trochę wypierzania rano plus wolniejsze ruchy, a przyglądaliby nam się przez szklane ściany, jak zwierzętom w zoo.

Stanęliśmy na rozstaju dróg, starając się zatrzymać jakieś auto.

W dole po chodniku szedł facet z psem i zapytał, skąd jesteśmy, a ja, że z Polski, więc on na to:

— O, dzień dobry!

— Dzień dobry!

Ciągle próbowaliśmy złapać stopa do portu, ale się nie udało. Na wysunięty kciuk Norwegowie jedynie machali ręką, jak na powitanie, albo kiwali głowami, aż musiałem sprawdzić, jak łapie się tutaj stopa, może inaczej, ale wychodziło na to, że nie. Czy w dzisiejszych czasach nikt już tego nie robi?

Znowu planowaliśmy zostawić bagaże w Centrum Turystycznym, ale pani, inna niż poprzednio, podała nam cenę za tę usługę — sto koron za pierwszą godzinę i pięćdziesiąt za każdą kolejną napoczętą. Nie chcieliśmy mówić, że zostawialiśmy tu bagaże wczoraj za darmo, tak żeby poprzedniej dziewczynie nie narobić przypału, i najzwyczajniej z tego zrezygnowaliśmy.

— Maćku, usiądziesz tu, a ja popytam, czy ktoś by nas nie przewiózł na drugą stronę fiordu.

— No to dawaj.

Kręciłem się po porcie z pół godziny. Słońce nie grzało mocno, ale światło miało w sobie coś miękkiego, przyjemnego. Idealny dzień, ale nikt z niego nie korzystał. Łódki, jakby oddychając, chybotały się lekko przy brzegu. Żadnych głosów, żadnych śladów ludzi. W końcu znalazłem jednego łódkarza:

— Dopiero przypłynąłem, idę teraz do rodziny, ale mogę dać ci numer do człowieka, który zna tu wszystkich. Rządzi tym portem. Zapytasz go, a na pewno będzie wiedział, czy ktoś płynie dziś do Vik. Ma na imię Geir.

Podziękowałem i odszedłem, ale z numeru nie skorzystałem, ponieważ Geir prowadził też firmę wodnych taksówek, a nie zależało nam na tym, by znaleźć się na drugim brzegu chwilę wcześniej niż prom, który odpływał za trzy godziny, do tego płacąc za to trzy razy tyle.

Znowu gościłem w restauracji u Polaka, w Peters Plass.

— Co tam, zupkę? — zapytał na wstępie Bastian.

— Tym razem rybną. Jest?

— Jest, bardzo świeża.

Powiedziałem, żeby nalał mi po brzegi, a on, że nałoży gęstego, dużo ryby. Stanął w kuchni i cedził zupę, by wybrać z niej jak najwięcej treści, a dopiero potem zalał rzadkim.

— Jak zjesz, będzie deser — obiecał.

Znowu ta zagrywka. I tak zostawiłem mu kilka koron więcej, niech ma.

— Nie musisz mi nabijać na rachunek — dałem znać.

— Nie, nie, rachunek już poszedł, tu trzeba, wszystko musi się zgadzać.

Gdy wychodziłem z restauracji, zauważyłem, że machają mi jakieś dziewczyny. Ale kto? Na krańcu norweskiego świata? Nasze koleżanki z chatki — Jessica i Yngve. Trzymały się razem i zeszły na obiad w to samo miejsce — nic dziwnego, skoro Peters Plass to jedyna restauracja działająca o tej porze. Przysiadłem się do nich, a kolegę Bastiana, który zarządza restauracją, poprosiłem, by tym paniom nałożył więcej niż normalnie.

— Myślałam, że jest Włochem — powiedziała Jessica.

— Dużo tu Polaków, wszędzie są — dodała Yngve.

— Ciebie to już nie dziwi, Yngve, ale mnie ciągle tak. Przekonuję się o tym na każdym kroku za granicą.

Pytałem Yngve o Karla Ove, o to, jak to możliwe, że w wieku osiemnastu lat został na północy, skąd ona pochodzi, tak zwanym nauczycielem niekwalifikowanym.

— Kiedy to było? — próbowała ustalić.

Po namyśle odpowiedziałem, że chyba w latach 80, albo 90, a ona, że wtedy mogło tak być, teraz nie, i robił tak jej dziadek.

— Proszę, to dla pań. Mój szef — Bastian pokazał na mnie, kładąc talerze z jedzeniem na przekrzywionym stoliku, z którego ciągle zsuwały się naczynia — kazał mi wam nałożyć więcej, a szefa trzeba słuchać.

Porozmawialiśmy jeszcze trochę — o kosztach życia w trzech krajach (mówiłem, ile zarabiamy, a Yngve, chyba po to, byśmy nie czuli się gorzej, powtarzała, że trzeba wziąć pod uwagę zarówno dochody, jak i wydatki) i o tym, jak to możliwe, że każdy, nawet dziadek czy babcia, potrafi mówić w Norwegii po angielsku, co jest niespotykane w Polsce, ale Maciek ów stan rzeczy tłumaczył trzystuletnimi zaborami, które powstrzymywały rozwój kraju.

Na koniec Bastian znów wyskoczył z tą swoją obietnicą o deserze i powiedział, że przyniesie nam nawet cztery widelce, jeśli chcemy.

— Tylko dwa — zaznaczył Maciek.

Zrobiliśmy fotkę pamiątkową na przystani. Każdy z nas jechał w inną stronę. Czekając na prom, zorientowałem się, że pani z Informacji Turystycznej była Hiszpanką, a wtedy poczułem się, jakbym popełnił ciężki grzech, ponieważ rozmawiałem z nią wcześniej po angielsku.

— Widzisz — odezwał się Maciek — a tak może by nam przetrzymała plecaki za darmo.

Prom zabrał nas do Vik za pięćdziesiąt koron, to zaledwie dwadzieścia minut na drugą stronę fiordu, gdzie jest stacja autobusowa.

Vik jest równie urokliwym miasteczkiem. Może nawet trzeba było zatrzymać się tutaj, mają łagodne zejście do wody, miejskie plaże, za to do Balestrand przyjeżdżają z bardziej zamożnych krajów, bo tam są lepsze, droższe hotele (dwa) z prywatnymi kąpieliskami.

Pierwsze, co zamierzaliśmy zrobić w Vik, to znaleźć stację autobusów, tak by tego dnia dotrzeć jak najdalej w głąb kraju. Musiałem dopytać starszego lokalsa, który przesiadywał u Chińczyków, gdzie tu się zatrzymują autobusy, a on pokazał mi wiatę i usiedliśmy mniej więcej w tym miejscu, przy biblioteczce z darmowymi książkami oraz słoiczkami miodu, za które trzeba zostawić pieniądze i można je sobie wziąć, po 250 koron za sztukę.

Rzeczywiście autobus przyjechał we wskazane miejsce. Kupiliśmy bilety do Vossevangen. Jechaliśmy tylko we dwóch, żadnego innego pasażera. Na lewo i prawo — cały czas widoki jak z National Geographic. Gdzie się nie obejrzysz, Mamo, tam morskie oko, wszędzie morskie oka i wieczny śnieg, który jest zjawiskiem na tyle magicznym, że człowiek mimowolnie zaczyna się zastanawiać, jak to jest możliwe, że około pięćdziesiąt metrów od drogi, gdzie przejeżdża autobus, nadal leży i błyszczy, tym bardziej w środku lata. Poza tym odnosiłem wrażenie, że wszystko wokół — wszystkie te góry, skały, jeziora, te przepaście i wąwozy — są większe niż powinny być w rzeczywistości. Przytłaczał mnie ich majestat.

Musiałem jednak pochylić się nad przejściem autobusu i patrzeć do przodu, przez główną szybę, bo od zakrętów lekko mnie zemdliło. W Vossevangen, jedząc na mieście, porozmawialiśmy z Polakami z Krakowa, którzy podróżowali kamperem, i byli już w miejscach, do których zmierzaliśmy. Dodali mi nieco otuchy, mówiąc, że na Preikestolen idzie się zaledwie cztery godziny w obie strony.

— Podróżujcie, ile możecie, bo potem z dziećmi — wskazał na swoje potomstwo — to nie ma tak. Ja sam, tak jak wy, spałbym byle gdzie, oby tylko zobaczyć jak najwięcej świata.

Mamo, Vossevangen nie wyglądało na miejsce, do którego się zmierza, raczej na takie, przez które się przejeżdża. Nad ulicami unosiło się wrażenie spokoju, niezbyt przyjemne, raczej ciężkie. Nie jak cisza po czymś ważnym, ale jak cisza trwająca od zawsze.

Po szybkich zakupach — głównie woda i coś na śniadanie — rozglądaliśmy się za noclegiem, czyli za kabiną, którą Maciek znalazł na mapach Google podczas rejsu promem. Żeby dojść do podnóża góry, trzeba było pokonać asfaltową, wijącą się drogą około pięć kilometrów.

— Najzwyczajniej nie dam rady — odezwałem się. — Pękną mi kolana. Albo będziemy tam szli do rana.

Zacząłem łapać stopa, przejechało zaledwie kilka aut i nikt się nie zatrzymał.

— Maćku, idę do tamtego gościa. — Zobaczyłem, że pewien facet, łysawy i niewysoki, ślęczy w rozsuniętym garażu nad silnikiem motorówki i próbuje go naprawić. — Zagadam. Zapytam, czy nas podwiezie. Jak powie, że nie, to nie.

Zagadałem. Pozwolił mi wejść do środka. Pokazałem mu miejsce na mapie, a on, że go nie zna, i zapytał, skąd jestem, a ja, że z Polski.

— Też jestem z Polski.

Nie mogłem w to uwierzyć. Nawet tutaj? Zawołałem Maćka do garażu.

— Bagaże mogą leżeć przy skrzynkach na listy, nikt ich nie ukradnie, to dom policjanta — powiedział.

— Pan jest policjantem?

— Nie, ja tu tylko naprawiam silnik.

Człowiek ten przypominał Maćkowi jego ojczyma z głosu, z wyglądu i z ogólnej maniery. Czy takim koincydencjom można pozwolić odejść bez chwili namysłu?

— Długo pan jest w Norwegii? — zagaiłem.

— Przyjechałem na chwilę, a siedzę już osiemnaście lat. Ale na jesień wracam.

— Do Polski na stałe? — dopytałem.

— Tak.

— To wspaniale.

— Korona słabo stoi — westchnął. — Na budowie to jeszcze zarobisz, ale ja z tymi rowerami. Ja całe życie z tymi rowerami tak.

— Mógłby nas pan tam podwieźć? — Pokazałem na górę. — Możemy zapłacić.

— Nie mam auta, to nie moje, ja tu tylko z tym silnikiem. Ale wiecie co, chłopaki, zadzwonię do Leszka. — Wyjął telefon, a po chwili odebrał Leszek. — Słuchaj, Leszek, przyjedź, mam tu zbłąkanych wędrowców.

— A ilu ich jest? — chciał ustalić Leszek.

— Dwóch — odparłem. — Ile koron szykować?

— Dwa miliony.

Korona spadła, to prawda, ale nie im z głowy — im na głowę dopiero wejdzie, gdy wrócą za niedługo do ojczyzny.

— Daleko ma do nas Leszek? — dopytałem.

— Nie, z centrum jedzie.

Przyjechał za pięć minut, chyba prosto po robocie. Załadowaliśmy plecaki do busa. Jak na budowlańca, miał na pace nawet porządek, zupełnie jakby przesiąkł norweskim ładem. W końcu siedzi tu już dwadzieścia pięć lat, a przyjechał tylko na chwilę, ale trzeba będzie niedługo wracać, bo korona spadła, choć ciężko będzie mu się odnaleźć, tu połapał kontakty i jakoś idzie ta robota.

Zapytał, skąd przyjechaliśmy, wiadomo, że z Polski, ale z jakiego miasta w Norwegii.

— Z Balestrand — odparłem.

— Z Balestrand? Ja mieszkam w Balestrand. — Opisał swoje miejsce, swój dom. — Tu przyjechałem tylko pomalować ściany koledze.

— Gdybyśmy wiedzieli, to byśmy się z panem zabrali, a nie czekali na prom.

Wjeżdżaliśmy pod górę krętą drogą asfaltową. Vossevangen rozciągało się wzdłuż jeziora, nie było zwarte, nie miało wyraźnego centrum, było raczej skupiskiem domów, sklepów, szkół, rozrzuconych między drogą a wodą, z górami trzymającymi je w jednym miejscu. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy tego wieczoru mieli tę drogę przejść sami. Gdyby nie Leszek, prawdopodobnie odpadłyby mi nogi.

Musieliśmy przejechać przez działkę farmera. Spotkaliśmy wieśniaka, chyba jedynego Norwega, który jak do tej pory nie mówił po angielsku. Jakoś się dogadaliśmy, chciał tylko, żeby zamknąć bramę, tak by nie uciekły mu zwierzęta. Maciek wyskoczył, żeby ją otworzyć i zamknął za busem. Wyjeżdżaliśmy dalej pod górę, ale już żwirówką. Oby jak najdalej, powtarzaliśmy Leszkowi. Na drodze stanęły nam dzikie konie, Leszek je rozgonił dźwiękiem klaksonu, zaczęły pędzić razem z nami, wzniosłe i mięsiste, rozgrzebując kopytami glebę. Poczułem się jak w filmie, w którym główną rolę odgrywa dzikość natury. Leszek zawiózł nas najwyżej jak się dało.

— Teraz macie już blisko — powiedział.

Podziękowaliśmy.

Wspięliśmy się do kabiny. Droga wydawała się łatwiejsza niż przy poprzednich wspinaczkach. Przecinało ją dużo strumyków, mniejszych i większych, oraz wiele niewielkich wodospadów.

Wyglądało na to, że ta chata jest lepsza niż poprzednia. W środku można naładować za darmo telefony, a w wychodku całą ścianę pokrywają rolki papieru toaletowego.

Czar prysł, gdy Maciek pokazał mi wywieszkę na drzwiach. Według tego oznaczenia był zakaz spania w środku. Znaleźliśmy inną plakietkę, przyklejoną do przeszklonej ścianki, i już nie mieliśmy wątpliwości co do tego, że łamiemy przepisy. Ale dlaczego? — zastanawiałem się. Chata nie różniła się niczym od poprzedniej. Jaki sens rozbijać namiot obok, gdy na dworze leje? Mamy ją zostawiać pustą tylko dlatego, że jest na niej jakieś oznaczenie? Co to za pomysł?

Zaczęliśmy myśleć nad ewentualnymi argumentami, które usprawiedliwiałyby nocny pobyt. Przecież to jest schronisko, więc służy do tego, by się w nim schronić. Padał deszcz? Tak. Wiało? Tak. Panowały inne niesprzyjające zejściu warunki? Tak. Spuchło mi prawe kolano? Tak. Znamy język norweski? Nie. Zerwaliśmy więc oznaczenia po angielsku, tak by w razie czego udawać głupa, i schowałem je do książki dla dzieci. Tak, w schroniskach są biblioteczki z pozycjami głównie dla najmłodszych. Po raz kolejny — i to dość dosłownie — po 22:00 zetknęliśmy się z norweskim systemem: przy każdym ruchu zapalało się u góry światło, co miało utrudniać spanie. Jeśli ktoś tej chaty pilnował, a zapewne tak było, ponieważ obok stała stróżówka, zapewne widział nas z wielu kilometrów, przecież ściany są przeszklone.

— Maćku, musimy zakryć czymś czujnik.

Torebka foliowa nie wystarczyła. Złożyliśmy na kilka razy szmatkę do sprzątania, porwaliśmy na kawałki taśmę do bandażu i kijem od szczotki sięgnęliśmy sufitu, żeby przykleić ją do desek. Udało się. Czy nastał koniec walki z systemem? Po 23:00 zapaliło się światło na zewnątrz, ale słabsze i od drugiej strony, tak że ludzie z miasta go nie widzieli, toteż sobie odpuściliśmy.

Nie wydawało się nam, by ktokolwiek odważył się tu wejść tylko po to, by zwrócić nam uwagę. Podobno w Norwegii rzadko kiedy wystawiają mandaty, szczególnie turystom, więc można palić głupa „na turystę”. Jak zwrócą ci uwagę, trzeba iść gdzie indziej, i tyle.

— Ale żaden wariat się tu nie wespnie, żeby nam zwracać uwagę, chyba że ten dozorca z samego rana — powtórzyłem, a następnie złożyliśmy rzeczy w jedno miejsce, tak by nie wyglądało na to, że zrobiliśmy tu sobie hotel, i po prysznicu ułożyliśmy się do snu.

Mamo, zasypiając, myślałem o tym, jak zejdziemy stąd jutro bez pomocy Leszka. Kolana spuchły mi tak, że musiałem leżeć z wyprostowanymi nogami.

E.W.