KRÓL FIORDÓW, NIEWIDZIALNY DESER, DZIKIE OWCE, BALABU

List 4, opuszczamy Bergen -> Balestrand
Mamo,
Chłopaki nie zapomnieli zostawić nam otwartych drzwi, całe szczęście nie musiałem więc budzić Cinka, który szedł do pracy na dziesiątą. Szybko się zebraliśmy, coś zjedliśmy, potem toaleta, a i tak byliśmy w niedoczasie.
Pędziłem na autobus z całym tym gabarytem, aż cały się zapociłem i zrobiło mi się niedobrze, a nawet trochę chciało mi się wymiotować. Maciek, ciągle z pięćdziesiąt metrów przede mną, poganiał mnie, ale moje kończyny niestety odmawiały posłuszeństwa.
Na prom wpuszczał Indianin, wiedziałem zatem, że trafiliśmy na właściwy pokład. Ulokowaliśmy bagaże w przechowalni, podzielonej w taki sposób — co do tego zorientowaliśmy się dopiero przy wyjściu — że kładło się je w zależności od miejsca, do którego się docelowo płynęło. Ciekawe rozwiązanie, jedno z tych, na które wpadają tylko Norki.
Gniazdka do ładowania telefonu były przy ścianie, a my siedzieliśmy na środku, toteż poprosiłem Chińczyków, by podłączyli mi telefon, ale niedługo potem Maciek zauważył, że gniazdko — i tu kolejny przykład myślenia Norek, Mamo — też jest na suficie, a więc jeśli kabel jest długi, a mój jest dwumetrowy, to można bez problemu skorzystać.
Na pokładzie tak wiało, szczególnie na dziobie, że wywracało mi powieki na drugą stronę — dosłownie — i nie dało się nic zobaczyć, a wpływaliśmy do Sognefjord zwanego „Królem Fiordów” — to najdłuższy i najgłębszy fiord w Norwegii, a także drugi najdłuższy na świecie. Płynąc, nagle świat, który znałem, jakby pękł, a przez szczelinę wcisnęła się inna skala czasu. Góry nad stromymi brzegami otaczały mnie z obojętnością, jak gdyby nie istniały ani dla mnie, ani dla nikogo innego, a jedynie dla siebie. Po czasie musiałem się schować do środka, gdyż wiatr, choć z początku wydawał się przyjemny, nie dawał mi spokoju: wciskał się wszędzie, pod ubrania, we włosy, między palce i człowiek miał wrażenie, że traci kształt i zamienia się w podmuch natury, który lada moment odleci w nieskończoną przestrzeń.
Na promie sprzedawali tylko słabej jakości hot dogi, ale moja zasada jest taka, że jem to, co znajdę; jem to, co jest wokół mnie i staram się nie nosić jedzenia na tyle, na ile to możliwe. Sosy leje się tu samemu, co też uważam za lepsze rozwiązanie, ponieważ nie wiadomo, ile kto lubi, a nie raz sprzedawczyni pożałowała mi towaru.
Po nieco ponad czterech godzinach wysiedliśmy w Balestrand, tuż pod wejściem do muzeum dla podróżników. Wystawa, mało ciekawa, zniechęciła nas do zobaczenia części płatnej. Trochę, jakby nie mieli, czego w nim pokazać, a budynek wyglądał na nowy.
Maciek zasnął na kanapie, tym razem większej i wygodniejszej, i tyle z tego korzyści; tak przypomnę — od czasu naszego wyjazdu już drugi raz śpi na kanapie w muzeum. Zazdroszczę mu — chciałbym umieć ot tak zasypiać w różnych miejscach i mieć potem dwa razy więcej siły.
Zostawiliśmy bagaże w Centrum Informacji Turystycznej i przeszliśmy się po miasteczku, czyli wzdłuż jednej ulicy. Rozglądaliśmy się za miejscem na namiot — wychodziło na to, że jeśli pójdziemy głównym szlakiem, znajdziemy się w bezpiecznym lesie, ale trzeba by tam iść najmarniej ze trzy godziny. Zapytałem właściciela domków turystycznych, małych kabin nad wodą, wszystkich w jednym bordowym kolorze, czy będziemy mogli rozłożyć namiot na jego posiadłości, jeśli zapłacimy, ale jego żona wyskoczyła, że nie, absolutnie nie, chociaż widać było, że facet chce sobie dorobić parę koron. Jego żona powiedziała mi, że można legalnie rozłożyć się po drugiej stronie fiordu, tyle że najpierw trzeba by tam dotrzeć, a to wcale nie takie łatwe.
Zawróciliśmy się z końcem miasteczka i poszliśmy w drugą stronę, gdzie zjadłem w „Peters plass”.
— O, słyszę język polski — wypaliłem na wstępie.
Właściciel, albo kierownik, okazał się Polakiem. Miał na imię Sebastian, ciągle zapieprzał, trochę jako kelner, a trochę jako kucharz, i ochrzaniał pracowników z Ukrainy po polsku. Dużo pozycji z menu było pochodzenia ukraińskiego, ale kapitanom, którzy przychodzili tu na obiad, wcale to nie przeszkadzało, a nawet je sobie chwalili. Usiadł do stolika, na chwilę, bo miał dużo roboty, ale jednak i spojrzał mi w oczy.
— Na szybko to tylko zupa — dał znać.
— Ale porządnie nałóż mi tej zupy, dobra? — poprosiłem.
Wybrał dużo gęstego i przyniósł mi ją.
— Jak zjesz całą, to będzie deser.
— Super, dzięki.
Nie przepadam za barszczem ukraińskim, ale ten był naprawdę dobry, dużo gęstego, kurczak, warzywa, do tego bułka.
Ale wiesz co, Mamo — deseru mi nie przyniósł. Podejrzewam, że to jego stały chwyt — wszystkim tak mówi, żeby na koniec doliczyć im do rachunku deser. Mało kto tu bowiem przychodzi drugi raz, bo i mało kto zostaje tu na dłużej, a jeśli tak się dzieje, to mieszka w luksusowym hotelu nad brzegiem fjordu i jedzenie ma zapewnione.
Gdy odbieraliśmy bagaże, pani z Informacji Turystycznej powiedziała, że z namiotami możemy rozłożyć się wszędzie, ale jeśli pójdziemy tu — pokazała na mapie palcem — to znajdziemy kabinę publiczną, w której każdy może się przespać. Uznaliśmy, że warto tam pójść, tym bardziej, że zanosiło się na deszcz, jak to w Norwegii.
Posiedzieliśmy jeszcze na prywatnej plaży hotelowej. Maciek odgarnął szyszki, rozłożył śpiwór i zrobił sobie drzemkę — znowu! — a ja poleżałem w cieniu drzew i wykonałem kilka telefonów, między innymi do Pani Mamy.
— Maćku, zaczyna padać, ale chcesz zobaczyć, jak zmieniam pogodę i powstrzymuję deszcz?
— No dawaj.
— Nie wierzysz mi? Jestem czarodziejem II stopnia, nieoficjalnie, ale aspiruję na stopień wyżej.
Ruszyliśmy w góry, najpierw jednak trzeba było podejść pod samą górę, a to nie takie łatwe ani przyjemne.
— Pieprzyć to, łapię stopa — oznajmiłem.
Zatrzymał się pierwszy samochód.
— Szukamy kempingu — rzuciłem.
— Tu nie ma kempingu — odparł kierowca.
— Szukamy schroniska do spania.
— Balabu?
— Tak — potwierdził Maciek, który pamiętał nazwę tego miejsca.
Rozmawialiśmy po angielsku. Kierowca wyglądał na imigranta: ciemna karnacja, broda, włosy przy samej skórze, ale pomyślałem, że nas jest dwóch, a on jeden, więc może nas nie zabije, nawet gdyby chciał.
— Skąd jesteście? — zapytał po tym, jak wsiedliśmy do jego auta.
— Z Polski.
— Ja też.
— Ty jesteś z Polski?
— Tak.
Roześmialiśmy się. Nie dowierzałem, że Polacy mieszkają w takich mieścinach, na krańcu norweskiego świata.
— Jak ci się tutaj żyje? — chciałem wiedzieć.
— Normalnie, haha.
— Co tutaj robisz?
— Pracuje w szkole, jestem nauczycielem sportu.
Podwiózł nas pod tę górkę, akurat szlak zaczynał się tam, gdzie boisko przy szkole, w której pracował.
— I wy tak podróżujecie po kraju? — nie dowierzał.
— Tak.
— Stopem?
— Czym się da.
— Chłopaki, podziwiam, że wam się tak chce, naprawdę. Teraz, żeby dotrzeć chaty, musicie iść z buta pół godziny pod górę.
Przy tym jednym się pomylił, może dlatego, że nie uwzględnił tego, że niesiemy plecaki po dwadzieścia kilo, a ja mam chore kolana, do tego spuchnięte. Wspinaliśmy się chyba ze dwie godziny, a to i tak nie szczyt. Ani nie połowa drogi na szczyt. Cały czas jak po schodach, noga raz na kamień prosty, raz na kamień krzywy, raz na korzeń bardziej zawiły, raz mniej.
— Coś tam jest — odezwałem się, sapiąc, gdy w krzakach zaszeleściło.
— Ćśśś.
Zastanawiałem się, co to za zwierz — oby nic groźnego. Zakradłem się, by wyjrzeć między krzakami.
Wokół kręciły się dzikie owce, takie z czarnymi łbami, jak Baranek Shaun — to rasa Dorper, pochodząca z Republiki Południowej Afryki, lub są to tzw. owce kameruńskie, dobre na mięso.
Zrobiliśmy przystanek na ławce z widokiem, za niedługo doszła do nas rodzina skośnookich.
— Nie byliście wczoraj na górze w Bergen? — zapytałem, przyglądając im się, gdy zatrzymali się przed nami uśmiechnięci.
Rodzice dwóch młodych chłopaków rozumieli mnie piąte przez dziesiąte, ale młodzieniec odparł:
— Tak, byliśmy.
— Pamiętam was! — wyparowałem. — Też tam wczoraj byliśmy, staliśmy obok siebie.
— Naprawdę? — dopytywał skośnooki chłopak. — Co za zbieg okoliczności! Jak to możliwe!
Jak to w ogóle możliwe, że ich zapamiętałem? Przecież mam problem, żeby rozpoznawać ludzi białoskórych, a często nie potrafię rozpoznać twarzy osoby, z którą udało mi się parę razy spotkać.
Poszli dalej, my jeszcze zostaliśmy na ławce, ale po pół godzinie dogoniliśmy ich na kolejnym postoju.
— O, to znowu wy? — zapytałem żartobliwie.
— Ha, ha, tak.
Zaproponowałem, by z tej okazji zrobić wspólne zdjęcie.
Powiedzieli, że kochają Chopina, więc stwierdziłem że na pewno są z Japonii, ale byli z Korei. Yongsoo, który najlepiej władał angielskim, opowiedział nam, że podróżuje po Norwegii z rodziną, że przyjechali go odwiedzić, gdyż on tu mieszka i pracuje na co dzień w restauracji, a wielu jego kolegów z pracy jest z Polski.
Koreańczycy zeszli z góry, a my dalej napawaliśmy się widokiem, aż dołączyła do nas para ze Stanów, z Michigan, i trochę porozmawialiśmy.
— Nigdy nie byliśmy w Polsce — przyznał Ian.
— A oglądaliście „Prawdziwy ból”?
— Tak.
— I co?
— Dla mnie zbyt mocne, nie ogląda się tego tak łatwo.
Maciek powiedział, że był kiedyś w Stanach, u cioci, ale wiele lat temu i od tamtej pory zapewne wiele się w ich kraju zmieniło.
Mniej więcej w połowie szlaku do kabiny znajdowała się przypięta do drzewa skrzynka na listy, gdzie ludzie wkładali różne gadżety, każdy coś od siebie, zdjęcia, krótkie notatki, można też było wpisać się do zeszytu, co też uczyniliśmy.
Zostawiłem w niej swoje zdjęcie do legitymacji z nazwą Instagrama.
— Myślisz, że to dobry pomysł, Maćku?
— To się okaże.
Znalazłem w pudełku kartkę z nazwą Instagrama innego podróżnika, więc do niego napisałem, ale nie odpisał do tej pory. Wrzuciłem też do środka złotówkę.
Doszliśmy do chaty. Ale co to za chata!
— Zostajemy tu — oznajmił Maciej.
Dołączyli do nas koledzy z Michigan i razem oglądaliśmy Balabu.
Balabu to nie jakaś tam chatka, tylko pełnoprawny domek z przeszklonymi ścianami i tarasem, a w środku znajdują się miejsca do spania, kilka na podłodze, jedno lub dwa na piętrze, a także piec, drewno do rozpalania, siekiera, gaśnica, łopata, biblioteczka, karty do gry, krzesełka turystyczne, dywany, koce, poduszki, a nawet gniazdko do ładowania telefonu, choć za prąd trzeba było już zapłacić, ale to jedynie dziesięć koron (potem się okazało, że trzeba podać norweski albo szwedzki PESEL, inaczej nic z tego). Każdy mógł tu wejść i legalnie przenocować, oczywiście za darmo. Nie do pomyślenia, by takie coś przetrwało w Polsce, po dwóch dniach zostałoby okradzione, a szyby wybite.
— Panowie, zazdroszczę wam — podsumował Ian. — Naprawdę wam zazdroszczę. Mam nadzieję, że dobrze będzie wam się tu spało. Że nic wam się nie stanie. I wiecie co, jak się rano obudzę, będę o was myślał.
— Też będziemy o was myśleć, Ian. Wpiszmy się jeszcze wspólnie do księgi gości.
Mamo, wystarczy, że z tatą o mnie pomyślicie, tak jak nasi koledzy zza oceanu, nie musicie się martwić, chyba żaden wariat nie wszedłby tu w nocy, tym bardziej po to, by zrobić nam krzywdę, choć siekierę na czas snu trzymałem przy sobie.
Jakoś po 22:00 przyszła do nas Jessica, akurat kiedy stałem w samych gaciach na tarasie po wzięciu prysznica i wyrzynałem je z wody.
— Czy to jest DNT? — zapytała mnie.
— DNT? Nie wiem, co to znaczy.
Też nie wiedziała, jak to wytłumaczyć.
Teraz za to wiem, że DNT to skrót od Den Norske Turistforening, czyli Norweskiego Towarzystwa Turystycznego, największej organizacji turystycznej w Norwegii, założonej w 1868 roku, której celem jest promowanie turystyki pieszej i aktywnego spędzania czasu w naturze.
Maciek wyszedł się przywitać, w przeciwieństwie do mnie ubrany.
— Milo, jak robimy? — zapytał mnie.
— Chyba sama jest, mówi, że ma namiot, ale niech zostanie, co nam szkodzi, przecież to i tak nie nasze.
— Też tak myślałem.
Jesscia zachowywała się ostrożnie, ale w końcu weszła do środka i usiadła.
Porozmawialiśmy sobie o sobie. Jessica jest Niemką i żyje z muzyki, gra w zespole Paddy Hats na skrzypcach i jeździ z koncertami po całym świecie, dwa razy nawet była w Polsce, we Wrocławiu i Poznaniu. Wykonują irish folk. Akurat wypadła jej przerwa, aż sama w to nie dowierzała, i postanowiła ruszyć w podróż na własną rękę, samemu. Przyznała, że czasem boi podróżować w pojedynkę, ale i tak to robi. Niektórzy mają taką potrzebę błąkania się po świecie, ja to rozumiem, sam na to cierpię i dlatego tu jestem, Mamo.
Maciek zdał relację swojemu bratu Piotrkowi, powiedział, kto u nas jest, a Piotrek na to, że ją zna, że słucha jej zespołu, aż Jessica nie mogła w to uwierzyć. Same zbiegi okoliczności.
Na wieczór trochę pociemniało, a to dziwne, bo im dalej na północ, tym noce są jaśniejsze, tym nocy w nocy jest mniej. Światło straciło ostrość, barwy stały się chłodne, a krawędzie rzeczy mniej wyraźne. Nad fiordem zaczęła się podnosić mgła, najpierw nisko nad wodą, niemal niezauważalna, potem gęstsza, jakby ktoś sunął po niej mlecznym palcem. Chmury zeszły nisko, niemal stykały się ze zboczami, a woda straciła swój połysk i wyglądała jak coś ciężkiego i głębokiego, czarnego.
Zasnąłem.
E.W.