Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

LOT DONIKĄD

Tracę ostatnio pieniądze przez mój zryty łeb i nie umiem nad tym zapanować. Wcale nie chodzi tu o hazard czy jakiekolwiek uzależnienie, nawet nie o inwestycje czy źle podjęte decyzje finansowe, a o życiową nieuważność (albo, jak kto woli, nieudaczność). Niby to życiowa nieuważność, a z drugiej strony — może tak sobie mówię, żeby się pocieszać — nie da się przewidzieć wszystkich ewentualności. Niby to lekcje życiowe, tyle że wolałbym ich nie doświadczyć — są zbyt drogie, oczywiście relatywnie do skali poczynionych błędów. Niby uczą, a jednak najpewniej nie będę miał już nigdy okazji, by sprostać podobnym wyzwaniom, a jeśli do tego dojdzie, to po takim czasie, że nic mi po tym, ponieważ będę kazał innym kontrolować mnie na każdym kroku, a i tak zdarzy mi się to ponownie, najgorsze właśnie, że nie raz, nie dwa, tylko będzie się to powtarzać, zaskakując mnie z różnych stron tak długo, jak żyję.

Przepieprzyłem tysiąc złotych, bo kupując bilety na samolot, zaznaczyłem złą datę — zamiast lipca, czerwiec. Tyle wystarczyło, by doprowadzić mnie na skraj. Dla jednych to będzie „tylko tyle”, dla innych „aż tyle” — pieniądze jak pieniądze, dla jednych to dużo, dla innych mało, ale najbardziej boli, że traci się je przez tak błahą pomyłkę. Wtedy to zawsze jest „aż tyle”, a fakt, iż ma się tak zryty łeb, boli najbardziej, a świadomość tego, że podobna sytuacja jest nie do uniknięcia w przyszłości jedynie dobija, a na dokładkę pozostaje ten niesmak, że w to wymarzone miejsce nie pojedzie się z ukochaną jeszcze długo po tym incydencie. Będę ostrożniejszy, oczywiście, ale któregoś dnia — może to będzie piękny, słoneczny dzień, który mnie rozczuli — będę robił przelew i najzwyczajniej się pomylę. Nie zapanuję nad tym, nie potrafię. Zryty, nieczujny łeb tak naprawdę czuwa zawsze, czekając na odpowiednią chwilę, kiedy będzie mógł uderzyć w moją czujność.

Gdyby ktoś nie wiedział, biletów na samolot nie zwracają. Nigdy. Da się lot odwołać, owszem, ale kosztuje to — mówię o swoim przypadku — 1300 złotych, więc już lepiej kupić nowe. Da się lot przebookować, owszem, ale kosztuje to wtedy — uwaga, uwaga — 1300 zł, więc lepiej już kupić nowe. Da się zmienić dane pasażera, ale kosztuje to — i tu uwaga, będzie zdziwienie — 700 złotych, więc gdyby ktoś ode mnie wziął te bilety, zwracając mi 1000 złotych, odzyskałbym jedynie 300. Tylko po co miałby to robić? Zawsze mógłby dołożyć trzy stówy i lecieć, kiedy mu odpowiada, a nie w moim pomyłkowym terminie. Wymyśliłem zatem, że zadzwonię na infolinię — kiedyś już się z nimi kontaktowałem w ten sposób, żeby dopytać, czemu przelew idzie tak długo. Dowiedziałem się, że infolinii nie ma od miesiąca. Zamknęli ją. Po co klienci mieliby im zawracać głowy? Można porozmawiać jedynie z botem, który tłumaczy, co kliknąć na ich apce, tyle że apka nie rozumie, że ja płaczę przed ekranem przez swój zryty łeb i żeby to zrozumieć, potrzebny w tym wszystkim czynnik ludzki. Gdyby tego było mało, minuta połączenia z botem kosztuje piątaka, a zanim się rozgada, mijają jakieś trzy, a i tak nic z tego. Jak dla mnie, zwykłe złodziejstwo, ale nie ma na tej sali bohatera, za którym można by iść, więc trzeba przystawać na warunki bandyty.

Słuchajcie dalej. Napisałem do nich emaila, stawiając na szczerość, czyli wytłumaczyłem im, że najzwyczajniej w świecie się pomyliłem przy kupnie biletu, ale na maile odpowiadają jedynie niepełnosprawnym. Niepełnosprawnym — to jak im wytłumaczyć, że mój zryty łeb jest formą niepełnosprawności i potrzebuję ulgi w postaci ich odpowiedzi, żeby funkcjonować w miarę normalnie? Po kilku dniach przyszła jakaś odpowiedź, rzecz jasna nie od człowieka, ale dawała nadzieję. Podali do informacji, że będzie zmiana godziny lotu, co znaczy, że muszą oddać mi pieniądze. Anulowałem więc lot i wyskoczył na apce komunikat, że pieniądze zwrócą na konto w przeciągu 72 godzin. Głupi ma podobno szczęście, ale chyba nie tym razem. Czy hajsy ostatecznie wróciły? Nie. Nawet nie wiem, czy to info o zmianie było po tym, jak przyatakowałem ich mailowo, czy rzeczywiście zaszła jakaś zmiana godziny wylotu, dlatego zestawiłem pierwotnego maila z danymi lotu z tym, który dostałem później, i wychodziło na to, że… nie widzę żadnych zmian, no ale lot dało się anulować i nie chcieli za to żadnej opłaty. Wychodzi na to, że nie mam ani biletu, ani pieniędzy, a oni będą mogli sprzedać moje miejsca ponownie. Nie bardzo mogę się zbuntować, nawet jednostkowo, bo linia ta ma monopol na loty w niektóre z poszczególnych miejsc w Europie.

I tyle? Nie, jestem zawzięty, choć ta zawziętość jest pokłosiem zrytego łba. Minął tydzień, a ja znów kupuję bilety na podróż w to samo miejsce. Moja ukochana nie może, do cholery, przekreślać swoich marzeń o Malcie przez mój zryty łeb. Uzbroiłem się w uważność mistrza Zen i przystąpiłem do procedury. Sprawdziłem wszystko jakieś dwadzieścia siedem tysięcy razy. Lot kupiony, ciśnienie zeszło, więc jeszcze nocleg. Dopłaciłem za nocleg 50 euro, żeby mieć możliwość anulowania rezerwacji, bo nigdy nie wiadomo. Następnego dnia zajrzałem na konto — a tu kwota ściągnięta w złotówkach, a nie w euro. Dlaczego? Zabrakło mi na koncie 50 euro, żeby móc zapłacić całą kwotę, akurat tyle, co za możliwość odwołania noclegu. Tym razem zgubiła mnie przesadna ostrożność — jak nie w tę stronę, to w tamtą, oto charakterystyka łba zrytego. Bank sam postanowił ode mnie ściągnąć kasę, tyle że w złotówkach, na czym straciłem kolejne 300 zł. Przewalutowanie, którego nie zatwierdziłem, kosztowało mnie ot tak 300 złotych! Trzy stówy, mimo że płatność zatwierdzałem w euro! Pierdolone banki, to je — ze wszystkich instytucji działających na terenie ziem Polski — powinno się poważnie opodatkować w pierwszej kolejności. Ukochana mówi, że pcham się tam, gdzie nie powinienem, tak samo gada mi ojciec — i może mają rację, ale wycofać się już nie mogę.

Bardzo bym chciał, żeby na tych błędach się skończyło. W końcu musi panować w tym życiu jakaś równowaga. Kusi mnie, by kupić zdrapkę, tak by móc pokazać światu środkowy palec, odzyskawszy pieniądze, ale na razie się wstrzymuję i czuwam dalej.