Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

ODPOWIEDNI PREZYDENT

Photo by Andrea Mancini on Unsplash

Tak myślałem — i obawiałem się tego codziennie — że kiedy my będziemy musieli wybierać prezydenta u siebie, mój prezydent umrze. I tak się właśnie stało — odszedł Jose Mújica, czyli El Pepe, dawna głowa Urugwaju, rzekomo najbiedniejszy prezydent na świecie, choć ja uważam zgoła inaczej. Natknąłem się na jego postać w necie, po prostu, a on zafascynował mnie na tyle, że obejrzałem z nim filmy i poczytałem o nim książki. Z czasem Pepe zapisał się do mojego rejestru niedoścignionych wzorów. Wcześniej nie wiedziałem nawet, jakie mam poglądy polityczne — coś w tej kwestii próbowałem ustalić na własny rozum, ale bezskutecznie — i dowiedziałem się, jakie one są dopiero, gdy zapoznałem się z jego światopoglądem. Miał poglądy lewicowe i charakteryzował go głęboki humanizm: zalegalizował aborcję do 12. tygodnia, małżeństwa jednopłciowe z pełnym prawem do adopcji dzieci, kontrolowaną sprzedaż marihuany. Tak naprawdę każdemu zdrowemu człowiekowi marzą się w kraju takie zmiany, a ten, kto temu zaprzecza, poświadcza, że ma problemy głównie ze sobą, wynikające z braku empatii do bliźniego, bo dla mnie żadną tragedią jest zapewnienie kobietom bezpiecznego zachodzenia w ciążę, związków z kim się chce, a przy tym ofiarowania sierotom kochających rodzin (nie my powinniśmy decydować, czy to się dzieciom należy, czy nie, tylko zapytać o to dzieci — myślę, że chciałyby się znaleźć w takim środowisku, to prosta zasada równości), a także zwalczaniem przestępczości, przynajmniej częściowo.

Pepe stawiał człowieka — jego potrzeby, wolność, godność, szczęście — w centrum wszelkich działań. Trzeba po prostu obstawać za słabszymi, za tymi mniej uprzywilejowanymi życiowo, bez politycznego kalkulowania — to bardzo proste w swoim założeniu, choć wymaga niebagatelnej odpowiedzialności. Innymi słowy, Pepe nie robił kariery, tylko służył obywatelom. Politykę uczynił narzędziem wspólnego dobra, a tak powinno być zawsze i wszędzie, niestety człowiek z każdego narzędzia, nawet najbardziej tępego, potrafi zawsze i wszędzie zrobić broń. Uniwersalne wartości Pepego przebijały się ponad ideologią, co znaczy, że człowieka cenił bardziej niż polityczne etykietki, często lewicowe jedynie z nazwy.

I to tyle? Nie, bo do tego wszystkiego nie wystarczą same poglądy, razem z nimi musi iść w parze autentyczność, jak na prawdziwy wzór przystało. Pepe żył tak, jak mówił. Krytykował nadmierny konsumpcjonizm: mieszkał na skromnej farmie, jeździł starym Volkswagenem Beetle’em i przekazywał większość (90%) swojej pensji na cele społeczne i charytatywne (fundacja Plan Juntos: remonty dla rodzin żyjących w złych warunkach, a także edukacja dla byłych więźniów), zostawiając sobie równowartość średniej pensji krajowej. Może to nieduże kwoty w skali całego kraju, ale ten gest miał ogromne znaczenie moralne i polityczne, a sam Jose mówił, że skoro ma więcej, niż potrzebuje, to dlaczego miałby nie dzielić się z innymi? Powtarzał za Seneką, że biedny jest ten, kto dużo chce, a nie ten, kto mało ma. I nie robił tego wszystkiego na pokaz, ponieważ wspierał tych najbardziej pominiętych przez system, a nie tych na świeczniku. Po latach tortur w więzieniu nie szukał zemsty, gdyż nie chciał umrzeć z nienawiści, poza tym, choć był agnostykiem, wiele z jego zachowań uważam za w pełni jezusowate. Był uczciwy, nie chciwy, a taki polityk w dzisiejszych czasach jest chodzącym oksymoronem. Nigdy nie grał pod publikę i mówił bez PR-u, przez co dało się wyczuć, że nie kłamie. Pepe był oczytany, był stoikiem i — zgodnie z mądrością starożytnych — dowodem na to, że w kraju będzie lepiej, kiedy na tronie zasiądzie filozof.

Kiedyś uznałem, że nie będę się wypowiadał na tematy polityczne, ale dziś robię wyjątek na cześć mojego prezydenta, więc jeśli kiedyś odmówię wam politycznej rozmowy czy jakiejkolwiek odpowiedzi na polityczne pytanie (np. na kogo będę głosował) — to poczytajcie o Pepe i zastanówcie się, co on by powiedział i co zrobił, a będziecie wiedzieć, jak postąpiłbym ja, gdyby tylko starczyło mi sił i mądrości.

Miałem takie marzenie — wielokrotnie to sobie wyobrażałem — że jeśli kiedyś pojadę do Ameryki Południowej i zawędruję gdzieś na obrzeża Montevideo, natknę się na Pepego. Wtedy razem usiądziemy, na kamieniu albo obalonym drzewie, i porozmawiamy, a potem mnie pociekną łzy i wspólnie będziemy oglądać przyrodę w ciszy, a we mnie po wszystkim nastąpi zmiana na lepsze. Ale cóż… innym razem.

Pepe, te fuiste, pero nunca te has ido, ¡nos vemos!