Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

ATAK ZAROŚLAKA

Photo by Jevgeni Fil on Unsplash

Ciągle mam problem z fryzjerem, już od około trzech lat. Postanowiłem go rozwiązać na własną, krytykowaną przez innych logikę, co znaczy, że na strzyżenie przychodzę ostatni raz pod koniec lata, na przykład we wrześniu, a ponowne odwiedziny następują wraz z nadejściem pierwszych (bądź drugich; pierwsze są często oszukane) ciepłych dni. Byłem się ofrygać w tym tygodniu, pierwszy raz od dawna. Do tego czasu zapuszczałem włosy: sam je przycinałem z tyłu i nad uszami, tak by jak najdłużej przypominać człowieka, co się chyba nie udało: słyszałem takie komentarze na mój widok, że wyglądam, jak ukryty gej, jak NRD-owski aktor porno, jak Jezus, który zmartwychwstał, że mam łeb jak Einstein, ale niestety tylko, jeśli mowa o fryzurze. Kilka milszych komentarzy też się trafiło, więc nie rozpaczajcie nad moją osobą: że wyglądam jak postać z GTA, jak młody pracownik kartelu, że dobrze mi po prostu w dłuższych włosach i szkoda ścinać, a przynajmniej nie tak na krótko (tyle, że po użeraniu się z tak włochatym saganem, ja właśnie marzę o letniej fryzurze, na jeżyka).

Najgorzej mam po prostu wziąć telefon i umówić się na cięcie — na to nie mam usprawiedliwienia. Jakoś nie chce mi się poświęcać na to wolnej chwili i zawsze mówię, że zrobię to zaraz, które to „zaraz” nie nadchodzi ot tak. Moje drugie „ale” jest takie, że gdy już zadzwonię do salonu, nigdy nie ma wolnego terminu, a przecież nie pójdę tam, gdzie jest wolny termin, bo to, że go mają, źle zwiastuje. A jak znajdą mi termin, to mnie nie pasuje: mój fryzjer nie pracuje przed południem, a późnym wieczorem to z kolei ja leżę jak dętka. Termin pewny, który mi odpowiada, jest za miesiąc, a ja nie bardzo mogę umówić się na „za miesiąc” — nigdy nie wiadomo, co mi wypadnie, a potem trzeba czekać kolejny miesiąc, no i do tego są pogniewani, jak do nich nie zawitam. W tym tygodniu ociachałem się tylko dlatego, że wpisali mnie na listę rezerwową i ktoś się w międzyczasie wykruszył, inaczej czekałbym przynajmniej do połowy maja.

Kiedyś wchodziłem do salonu z ulicy i pytałem, czy można się ostrzyć teraz. Zazwyczaj dostawałem odpowiedź, że tak, zapraszamy, w innym wypadku musiałem poczekać piętnaście, dwadzieścia minut, bo w kolejce czekały jeszcze dwie osoby, maks trzy. Co stało się od tamtego czasu? Nie potrafię wyjaśnić sobie tego fenomenu. Czy jest mniej fryzjerów w mieście? Chyba nie, skoro powstają nowe zakłady. Czy ludzie zaczęli dbać o siebie, chodząc na strzyżenie, dajmy na to, co drugi tydzień? Niewykluczone, że instagramowe wizje wjechały im na banie jak nowe fryzury. Aha, no i wcześniej płaciłem po dwadzieścia złotych, teraz daję pięć dych, a w niektórych miejscach zostawia się już sześć. Odkąd żyję, nic jeszcze nigdy nie staniało, więc nie mam o to żalu, ale stówa na miesiąc, żeby przypominać człowieka? Dwie stówy, jeśli rośnie komuś broda? (Na szczęście hobbitom nie rośnie). Pięć, żeby przypominać człowieka trochę mniej, ale jednak. Powiedzmy, że wybieram drugą opcję — wtedy można uznać, że przez ten okres fryzjerskiej posuchy zaoszczędziłem sporo czasu, nieco mniej szamponu… i… i na bilet do Barcelony.