WZDŁUŻ BRZEGU

List z podróży do Portugalii 5, Lisboa
Pani Mamo,
Jeździmy po Lisboa tu i tam, w niektóre miejsca nawet po kilka razy, jak na przykład do dzielnicy handlowej Baixa, bardzo górzystej, gdzie między uliczkami mieszczą się jedynie mniejsze autobusy. Stamtąd ciągnie się widok na resztę stolicy, szczególnie kiedy wejdzie się na zamek mauretański św. Jerzego, osadzony na nadmorskim klifie. Pani Córa mówi, że można by sobie taki kupić, trochę wyremontować, zapewne z pomocą Ojca Pani Córy, i zamieszkać. Lubię takie pomysły — realne, ale mało związane z prawdziwym życiem zwykłych, białych ludzi. W Baixa jemy lokalne wypieki — za nic nie mogę przypomnieć sobie nazwy tego ciastka — i owoce morza, przesiadując na tarasach z widokiem na wodę. Nieopodal na wielkiej rampie — a raczej konstrukcji, która z pomocą wyobraźni skaterów się nią stała — obserwujemy wielki, na całe szczęście udany skok, a kawałek dalej znajduje się targ staroci, dość znany, tzw. targ złodziei, ale kiedy przejeżdżamy tamtędy w dzień handlowy, akurat się już zwijają. Pewnie byśmy nic nie kupili (ogranicza nas bagaż), ale i tak człowiek by się tam udał z nadzieją, że znajdzie coś dla siebie.
Mijamy lokal z tartami jajecznymi (wreszcie znalazłem polską nazwę tego wypieku, mowa o pasteis de nata), chyba najstarszy w Lisboa, z pewnością drogi i znany, gdyż kolejka wychodzi aż na ulicę i zdaje się nie maleć pomimo upływu czasu. Gdybyśmy mijali lokal pieszo, możliwe, iż zajrzelibyśmy do środka — a tak, niekoniecznie nas tam ciągnęło, zwłaszcza, że kilka tart na wypadek głodu trzymałem w plecaku.
Wysiadamy przy klasztorze hieronimitów — to styl manueliński, z którego słynie Portugalia — ale Pani Córa wówczas, jak to ma w zwyczaju, gniewa się na mnie za coś (tak, za jakieś coś) i przez to nie chce wejść ze mną do środka, a podobnież tam zaczęła się cała ta historia z tartami jajecznymi. Pozwolę sobie zatem zmitygować tę sytuację, mówiąc, że może Pani Córa nie chciała wchodzić z drewnem do lasu? Szkoda, gdyż w środku leży m.in. Vasco da Gama, a czyż nie warto byłoby, choć jest martwy, zaczerpnąć od niego może nie tyle energii, co inspiracji do dalszego odkrywania świata? Idziemy za to zrobić sobie zdjęcie przy Pomniku Odkrywców, skąd widać ze szczegółami ów czerwony most, taki ładny jest, amerykański — Most 25 Kwietnia, łączący brzegi Tagu, jednak bardziej, podczas jazdy kolejką linową, podziwiamy Most Vasco da Gamy, choć najdłuższe przęsło na świecie (nie chciałem tego mówić ojcu) ma ten czerwony.
Jeżdżąc wzdłuż brzegu, żałuję też, że nie weszliśmy do muzeum sztuki. Potem, już późnym popołudniem, kiedy siedzieliśmy na skwerku, wdychając dym z kasztanów i pijąc kawę (w starbucksie Pani Córę nazwali Mangana!) powiedziała do mnie tak: „W żadnym muzeum nie byliśmy”. Słowa te zasiały we mnie tyle samo smutku, co radości — może tak wypaliła, ponieważ chwilę wcześniej buszowaliśmy po sklepie, w którym sprzedają ryby w puszkach: ryby nawet stuletnie — chyba im starsze, tym lepsze, a z pewnością droższe — konserwy podpisane w taki sposób, że są z tego czy z tamtego roku, że to ryby, których zasmakował na przykład Elvis Presley albo Einstein. Nigdy bym nie pomyślał, że Pani Córa tak polubi szwendanie się po muzeach. Uznaję, że to moja zasługa — to, że muzea stały się dla niej nieodłącznym elementem zwiedzania miast, stąd we mnie radość, a smutek stąd, że nie wpisałem się w jej wyobrażenia, na których ziszczenie się skrycie liczyła, dlatego bez chwili zastanowienia, jeszcze na sam wieczór, zabrałem ją na zwiedzanie ruin dawnego klasztoru karmelitów.
Pani Mamo, kończą się na dziś moje piśmienne siły przerobowe, a ja, dociśnięty zmęczeniem, za bardzo zapadam się w łóżko hotelowe, by móc sensownie kleić myśli, a myśli przetapiać na zdania. Proszę wyczekiwać następnych listów, a także zdjęć.
PS. Jakby nie było, Pani Córa dała nam powód, by tu wrócić, ale z deka może Ją Pani Mama ochrzanić.
E.W.