Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

UCHO LIZBOŃSKIE

Photo by André Lergier on Unsplash

List z podróży 1, lot do Lisboa i pierwsza noc w stolicy

Pani Mamo,

Zawsze — za każdym razem — gryzą mnie obawy co do latania samolotem, wie pani? Okłamuję się na różne sposoby i pytam sam siebie, skąd te obawy, ech. Jakkolwiek by to nie brzmiało — jakie miałyby mieć podłoże? W samolocie nic nie może się przecież stać. No bo skoro — powiedzmy to sobie jasno — samolot nie spada, poruszając się w galarecie ubitej ciśnieniem między chmurami, to co ma się stać? Otóż wtedy należy wziąć pod uwagę inne czynniki, na przykład… ludzi. Tak, ludzi — ale czy to znaczy, że w tym wypadku jakkolwiek zawinili? Nie, nic z tego. Nikt z pasażerów, nikt z obsługi. Ani pilot. Walizka nie spadła mi na głowę ani nie zatrzasnąłem się w kiblu, w którym zaklinowałby się co drugi Amerykanin. Zatem co takiego się stało, że niemal pękł mi łeb, a oko spłynęłoby mi po policzku? Proszę zgadywać.

Przy lądowaniu walnęło mnie ciśnienie. Przeszyło mnie, jak bagnetem. Wielu pisarzy — w tym poetów — starało się opisać doskwierający im ból, ten fizyczny także, lecz moc bólu zdołali oddać jedynie poprzez stwierdzenia, że nie da się go opisać, gdyż każde z porównań jest nietrafne; tak było i w moim przypadku. Zatkała się trąbka eustachiusza; w moim wyobrażeniu, nieodległym od rzeczywistości, krew tryskała mi już z radarów, a głowa zamieniała się w czajnik. Nie miałem się czego napić, żeby ją odetkać, ale na niewiele by się to zdało, ponieważ i tak męczył mnie katar i zalało mi zatoki — w tym należy upatrywać winy mego złego stanu.

Od razu po wylądowaniu wziąłem przeciwbólowe. Niedługo potem biegałem po ulicach Lisbony jak wariat, który tuż przed śmiercią obudził niezbadane pokłady sił (niemal jak w tym żarcie o babie, które niosąc chrust, zmęczyła się i pobiegła). Lisboa położona jest na wzgórzach — gdzie się nie spojrzy, tam albo pod górkę, albo z górki, więc chciałem to jakoś wykorzystać. Zbiegałem więc po nich, zakręcając na rogach budynków, z nadzieją, że odejdzie mi ciśnienie w uszach. A w hotelu jeździłem windą w górę i w dół, grzejąc się nadzieją w sercu, że wyrówna mi się ciśnienie we łbie. Przejrzałem cały internet w poszukiwaniu sposobów, jak odetkać ucho; poruszałem trąbką na wszelkie możliwe sposoby, technikami dawnych dni, chińskimi, i tymi nowymi, zalecanymi przez lekarzy; nie wiedziałem, że każda z tych technik ma nawet swoją nazwę! Ale to wszystko na nic.

W nocy z ramion snu wyrwał mnie ból ucha — jakby sam diabeł do niego wszedł. Obudziłem Pani Córę, mówiąc, że idę na pogotowie, inaczej tego nie zniosę. Na pogotowie, do cholery, przecież mam ubezpieczenie! Ale nie, to oczywiście głupota, tak stwierdziła. Cóż, człowiek z bólem ucha nie będzie zrozumiany przez swoją dziewczynę, bo i tak mu powie, że nigdy jej nie słucha. Wziąłem tabletki, tak jak mi kazała, i zasnąłem. Przez sen coś w nim strzeliło; pamiętam dokładnie ten moment. Ból minął, lecz ucho nadal było zatkane. Och bogowie, co za ulga! Świat mnie ściągnął tu nieprzypadkowo. Co gdyby Lisboa nie leżała na siedmiu wzgórzach? Co gdybyśmy wylądowali na hiszpańskich równinach? Co wtedy?

E.W.