ANTYPLANSZÓWKOWIEC

ANTYPLANSZÓWKOWIEC
Kumple zbierają się kilka razy w tygodniu na gry planszowe. Wcześniej, zanim Franz został planszówkowym fanatykiem, graliśmy w nie sporadycznie, później raz w tygodniu, no ale że teraz może sobie na nie pozwolić, a niedługo będzie miał ich więcej niż ja książek, posiedzenia odbywają się z większą regularnością, zacięciem, a także z większą ilością nowych graczy.
Piszę, jakby to, że chłopaki się schodzą, by zasuwać po planszy, było czymś wyjątkowym, jednak najstarsza planszówka na świecie, Królewska gra z Ur, powstała około 4600 lat temu w starożytnej Mezopotamii, a jej zasady zostały zapisane na tabliczce klinowej przez babilońskiego astronoma w 177 r. p.n.e. Pochodzący ze starożytnego Egiptu Senet również jest jedną z najstarszych znanych gier planszowych; obejmowała ona siatkę 30 kwadratów ułożonych w formacie 3×10 i była rozgrywana za pomocą elementów i przedmiotów przypominających kostki. Potem na salony weszły różne odmiany szachów, głównie z dalekiego Wschodu, ale nie przyjęły się u nas w Europie i ta wersja, którą znamy dziś, liczy sobie około trzystu lat.
Gry łączą i pomagają w relacjach międzyludzkich, co do tego nie ma wątpliwości — na własne oczy widziałem hale przepełnione graczami, którzy masowo zarywali noce, by tylko móc porywalizować z innymi, to poniekąd uzależniające; nawet podczas II wojny światowej naziści pozwalali alianckim jeńcom wojennym grać w gry planszowe, a ci, kosztem głodu, robili z chleba figurki, które posuwali bez planszy, na oko, dlatego sam nie śmiem nazwać się prawdziwym graczem.
Tych gier jest nieskończenie wiele, ale chyba nigdy nie były tak skomplikowane jak dzisiaj. I tak drogie, a najdroższy w tym wszystkim – to poniekąd cieszy — jest pomysł, w drugiej kolejności stopień skomplikowania dający alternatywy. Przyznam — chyba z żalem — że ja się w nich nie odnajduję. W moim przypadku — w moim odczuciu — nie spełniają swojej funkcji.
Kiedyś spotykaliśmy się w tzw. klubie, czyli u Szczura w piwnicy, z której, w zależności od pory roku, trzeba było najpierw wybrać wodę łopatą do odśnieżania, przelać ją do wiadra i wynieść, by w ogóle móc zasiąść na skrzynkach po jabłkach, a często i tak miało się przemoczone buty. Wtedy graliśmy jednak w szachy, rzadziej — dużo rzadziej — w karty, a niekiedy proponowałem też młynek, co się chyba nie przyjęło. Szachy i młynek, ewentualnie karty, to jedyne gry planszowe, które uznaję.
Wiele razy podejmowałem się rozgrywki: w gry przeróżne, mniej lub bardziej skomplikowane, fantastyczne i nie, takie, których rozkładanie na stole zajmowało godzinę albo i nic. Ale żadna — nawet taka osadzona w Śródziemiu, nad którą spędziłem 15 godzin, pomimo czego nadal nie wiedziałem, jak mam się ruszyć swoją postacią — nie sprawiała mi radości, a jedynie nudziła. Nigdy też nie rozumiałem zasad, a co dopiero je stosować i pamiętać.
Franz, król planszówek, nazwał mnie — słusznie, nie złośliwie — człowiekiem antyplanszówkowym. Teraz przychodzę do chłopaków rzadziej, co najwyżej posiedzieć towarzysko, pogadać, ale nijak nie potrafię wstrzelić się emocjonalnie w ich aurę, która fluktuuje przez wzgląd na rozgrywkę.
Gdyby nie fakt, że planszówki jednoczą ludzi, rzadziej jednak dzielą, a w ich skład wchodzą również szachy, przyznałbym im 3 punkty na 10, ale jestem skłonny ocenić je na 5/10, gdyż tych „moich” gier jest relatywnie mało.