POWRÓT KINOMANIAKA

Ostatnio polubiłem kino, nie to, żebym go kiedyś nie lubił, ale jak tylko skończyło się dzieciństwo, to wraz z nim chodzenie na seanse. Rodzice przestali zabierać mnie przed wielki ekran — w pewnym wieku chyba nie wypada, więc to rozumiem; teraz ja powinienem zabierać ich — a i sam nie bywałem w większych miastach. Poza tym, tak po prostu, nie widziałem w tym — dosłownie i w przenośni — większego sensu, skoro filmy po jakimś czasie — na przykład po około pół roku lub w czasie krótszym — pojawiały się w telewizji, w Internecie, na platformach streamingowych. Nie miałem też nigdy nic przeciwko oglądaniu filmów na małym ekranie, dosłownie na małym — na ekranie laptopa, tabletu, nawet telefonu — a znam takie osoby, głównie są to starsi dorośli, które za nic nie zgodziłyby się na seans w takich warunkach, dla niektórych to wręcz świętokradczy odbiór treści artystycznych. Wychodziłem też z założenia, że jest dostępnych od ręki tyle wspaniałych filmów, których jeszcze nie widziałem — i życia nie starczy, by je wszystkie obejrzeć — że nie ma co zasiadać na sali kinowej.
A teraz — na przestrzeni ostatnich dwóch lat — mi się odmieniło i mógłbym chodzić do kina codziennie, a gdy nie pójdę na nic przynajmniej raz w tygodniu, czuję wielki zawód i tydzień jako taki odchodzi w głuchą niepamięć. Kino stanowi dla mnie pocieszenie przed nieuchronnym powrotem do dręczącej mnie rzeczywistości. Na sali kinowej inaczej się to wszystko przeżywa, chociażby z tego powodu, że nie można się odezwać ani zatrzymać filmu znikomym ruchem palca, a ciemność nie przeszkadza, w przeciwieństwie do ciemności, której staram się nie zasiewać w pokoju, gdy siedzę przed ekranem — wtedy to dla mnie jakieś niekomfortowe.
Zastanawiam się, czy staję się dzieckiem, które chce dawnych czasów, czy dziadem, który nie może zaakceptować treści z małego ekraniku — pewnie jedno i drugie, ale bez wątpienia szukam w tym jakiegoś pokrzepienia. I za każdym razem boje się, że nie przypieczętuję nadchodzącej niedzieli wizytą w kinie.