Z POMPĄ

Miało być o czym innym, ale że Franz wyskoczył mi wczoraj, że dużo z tego, co tu napisałem, jest poniekąd o nim, to — tak na przekór wszelkim przekorom — będzie dziś o nim… lub poniekąd o nim.
Otóż wczoraj Franz wyzwał mnie na pojedynek: kto zrobi więcej pompek — a kto wygra, zadecyduje o tym, czy Franz jedzie spać po ciężkiej nocy, czy wychodzi z nami jeść. Przystąpiliśmy do walki, publicznie, na oczach wielu dziwnych osób; niektórzy kibicowali, licząc z początku na głos, inni mijali nas obojętnie. Nie mogłem z tym grubasem pompować jednocześnie, potrzebował więcej czasu, żeby się rozpędzić — innymi słowy, potrzebował dłuższych przerw między pompkami. Ja tak nie mogłem, cisnąłem swoje, kiedy on robił koci grzbiet, żeby odetchnąć; dobra, ja też robiłem koci grzbiet, więc tu jesteśmy kwita, ale w innych momentach niż on.
Sędziowie na szczęście nie pomylili się w rachowaniu, a nawet jeśli, to machnąłem ich wyraźnie więcej — czterdzieści pięć; dawno tyle za jednym razem nie zrobiłem, choć zapytany wcześniej o to, czy dam radę pocisnąć 50, odpowiadałem, że tak. Dużo się nie pomyliłem, bo gdybym się spiął, wycisnąłbym jeszcze ze dwie, ale i tak widziałem, że Franz już pada — zrobił bodajże 38.
Potem się usprawiedliwiał, że wypił dwa piwa, czyli miał ciężej, a ja mu na to, że tej nocy spałem pod gołym niebem, z mrówkami, więc to ja mam ciężej, a on, że spał w kurniku, co zresztą było prawdą… można by tak wyliczać i wyliczać. Ostatecznie stwierdził, że miałem łatwiej, bo jestem lżejszy, dlatego wymyślił, że posłuży się prostym przelicznikiem wagowym, żeby było sprawiedliwie. Pomnożył coś przez 0,88 — nie znam się, ale niech mu będzie. Zamienił to na procenty, skalkulował coś jeszcze i summa summarum wyszło, że przegrałem o 0,2 pompki. Nie chciało mi się kłócić. W ostatecznym rozrachunku mogłem przystać na remis, ale mi tego nie zaproponował, podświadomie przekonany o tym, że przegrał, ponieważ niedługo potem i tak poszliśmy na ramen.