Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

KSIĄŻKOŻERCY, MNISI, NARKOMANI

ja i mój podbródek leżymy i czytamy w Parku Retiro

List 6, dzień 8, Madryt

Kochana,

Wreszcie wchodzę do Parku Retiro. To jedyne miejsce, gdzie czuję się w pełni spokojnym. I wolnym. Wolnym od zmartwień i poczucia gonitwy za czymś, czego nie da się złapać. Wolność ma tu swój jedyny, piękny dom.

Park Retiro jest sercem Madrytu, a zarazem odrębną plamą na siatce miasta, gdzie wydarzają się rzeczy zgoła inne niż te na ulicach. Te 120 hektarów upodobały sobie pewnego rodzaju baśniowość i tajemniczość. I są tu odczuwalne na co dzień, w subtelnym szepcie natury, ale i w ludziach jako takich.

Siadam tam, by poczytać i pomedytować, ale przede wszystkim po to, by tam być, po prostu, by trwać w tej harmonijnej mgiełce. Gdy siedzę na ławce, wychodzi mi zza pleców człowiek, niski i z brzuszkiem — Meksykanin. Prosi o wsparcie swojej fundacji — 2 euro za brelok. Daję mu monetę, a on mi lamę z Perú, gdzie w tym samym celu, po drugiej stronie globu, porusza się jego kolega.

Zaczynamy rozmawiać. Jest alkoholikiem i narkomanem, ale już zaleczonym, a teraz, gdy wie, jaka to faza być trzeźwym, chce pomagać innym, dlatego zbiera fundusze, na opłacenie noclegów takim, jak niegdyś on. Otrzymuję wizytówkę, adres strony internetowej. Opowiada mi o Bogu, o tym, jak ten wyciągnął go z gruzów życia. W tonie jego głosu rozbrzmiewa prawda. Ja tę prawdę słyszę i w nią wierzę. On chce kochać zwłaszcza tych pokrzywdzonych przez nałogi. Pyta mnie, czy jestem stąd, a potem, czy Polska jest gdzieś tu, niedaleko Madrytu. Tłumaczę mu, że Polska jest krajem w środkowej Europie, a ja tu jestem obcy, ale rozumiem go tak, jakbym był stąd.

Innym razem, gdy wchodzę do Retiro, kupiwszy sobie kilka książek na Cuesta de Moyano, zagaduje mnie wysoki blondyn z Hare Kryszna. Posługuje się łamanym hiszpańskim i przyznaje się zaraz, że jest z Czech. Kiedy mówię, skąd jestem i że mogę rozmawiać z nim dalej w tym języku, twierdzi, że to dziwne, bardzo dziwne. Zaprasza, bym się do nich przysiadł, i daje mi banana, podkreślając, że są wege. Wciska mi też książkę, o Hare Kryszna właśnie. Pytam, czy to za darmo, a on, że nie, ale za darmo mogę z nimi zjeść. Prosi o wsparcie, na co ja, że normalnie tego nie robię, a on na to, że dziś nie jest normalny dzień — no bo jak często spotyka się w Hiszpanii czeskich mnichów? I tu mnie ma. Daję mu 2 euro, a on, nagle coś we mnie dostrzegając, biegnie z powrotem po książkę. Jest po hiszpańsku, trochę ją więc później poczytuję, żałując, że się do nich nie przysiadłem. I niedługo potem, żeby tak nie żałować, biorę do poczytania inną książkę, którąś z tych z Cuesta de Moyano.

Takie właśnie między innymi, w tej zielonej przestrzeni, rysują się wzory, nieodgadnione, na kartach tych chwil i dni tam spędzonych. Moja obecność w parku jest zagadką, tak samo jak obecność parku jest zagadką w moim życiu, nie mniejszą niż Ty.

E.W.