JAK DŁUGO MOŻE TRWAĆ JEDEN DZIEŃ?

JAK DŁUGO MOŻE TRWAĆ JEDEN DZIEŃ?
List 1, dzień wyjazdu
Kochana,
Jak wiesz, nie zmrużyłem oka ani na chwilę, a już wezwała mnie podróż. Pakuję więc, co trzeba, i z tego, co zawsze, nie biorę tylko ROZMYŚLAŃ Marka Aureliusza.
Na lotnisku wkurzają mnie dwie rzeczy (byłyby trzy, gdyby chciało mi się pić i musiałbym kupić wodę za 15 złotych): dizajn kranu, którego nie sposób odkręcić, i Japończyk, który o 4 rano napieprza Chopina na publicznym pianinie: każdy uwielbia Chopina i Japończyk dobrze o tym wie; nie wie tylko jednej rzeczy — że nikt nie lubi słuchać Chopina skoro świt, granego przez zapalonego Japończyka na lotniskowym pianinie. Na domiar tego w samolocie przede mną sra para rusków. No cóż, godność stracili już dawno, a wstyd jest im obcy.
Metrem przebijam się do Montreuil jakaś godzinę, do p. Ążeja, o którym opowiem Ci innym razem. Robię zakupy i z powrotem schodzę do podziemi, a wychodzę pod ratuszem Hôtel de Ville, przy Notre Dame. Tu należałoby powiedzieć, że nie płaczę po Notre Dame. Nie mówię jednak, że wcale mi jej nie szkoda.
Ruszam na książkobranie, przyglądając się, jak sunie Sekwana, którą podobno oczyszczają na lato tak, by można się było w niej kąpać. Zachodzę wpierw do Shakespeare’s&Company, znanej księgarni, gdzie można spać za darmo, pod warunkiem, że będzie się czytało książkę dziennie i pisało stronę autobiografii dziennie. Znalazłem listy Seneki — ta książka na mnie czekała; nie wziąłem stoików ze sobą, tak fizycznie, to stoicy przyszli do mnie. I położyłem się tam pod ścianą, pod którą leżeli m.in. Hemingway, Fitzgerald, Eliot, Pound i przypiąłem na nią karteczkę: BYŁEM TU I LEŻAŁEM NA TYM SAMYM, ZAKURZONYM I ZAPIERDZIAŁYM MATERACU, CO MOI ULUBIENI PISARZE — I OBY UCZYNIŁO MNIE TO LEPSZYM PISARZEM, CHOĆ NIE SĄDZĘ, BY TAK SIĘ STAŁO.
Na tym książkobrania nie koniec. Co i raz na ulice wypełzają języki książek, po euro, po dwa euro, a Paryżanie przebierają w nich i przebierają. To świadczy tylko o jednym — że Francuzów bardziej cieszy świat książki niż nas. Niesamowite jest iść, oddychać Paryżem i dziwić się, że obok siebie są dwie księgarnie, spod tego samego szyldu — te same, ale jednak inne. I żadna z nich nie widzi końca swego istnienia.
W Ogrodzie Luksemburskim nieco mnie muli, a szkoda, bo miałem jeszcze zajść do Panteonu, ale to się nadrobi. Już od czterdziestu godzin nie zażyłem ani grama snu. Na koniec, przed powrotem do p. Ążeja, siadam przy fontannie obok głównego ratusza, obserwując grupę Murzynków grających w berka. Myślę sobie, że ciężko jest być dzieckiem, a dodatkowy smutek mnie łapie, gdy pomyślę o tym, że dzieci te niedługo się rozejdą i nigdy już więcej nie spotkają.
Wzdycham sobie, myśląc, że dzień ów trwa tak długo, co najmniej jak cztery, i to chyba dlatego, że Ciebie tu nie ma. Od czekania rdzewieje dusza, lecz nie serce.
E.W.
//////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
To wpis za zeszłą niedzielę. Coniedzielnik, ponieważ jestem w podróży, może pojawiać się nieregularnie, a na przyszłe kilkanaście tygodni, jak co roku, przewiduję wyłącznie listy z podróży.