Nowa waluta

Przypomniało mi się, jak pewnej letniej niedzieli, już lat temu kilka, niosłem do auta zaparkowanego nieopodal śmietnika stosik książek, który aż musiałem przytrzymywać czubkiem brody. Kolega zapłacił mi nimi za pomoc w nauce angielskiego: przygotowywałem go, biedaka, do matury, której zdanie leżało głównie w kwestii wiary i szczęścia, a sam fakt o tym, czy mu się to później udało, po dziś dzień skąpany jest tajemnicą, zapewne też lekkim wstydem. Na kolegach nie zarabiam, lecz jeśli kolega chce, bym na nim zarobił, bo „praca jest pracą”, to żeby nie czuł się źle, mówię mu, że może mi coś dać, tak by nie kulała mu dusza. Mięsa na obiad przecież nie będzie mi kupował, ubrań też nie — zostają więc książki.
I tak szedłem z nimi, gdy nagle, chyba z głębi osiedlowego sklepiku, wyskoczył facet, gruby i spocony, w szarej żonobijce i spranej czapce z daszkiem. „Zaczekaj!” — krzyknął. Zatrzymałem się, uważając, by stosik nie poleciał mi na beton. Już myślałem, że będzie prosił o dwa złote. Albo pięć. Albo dziesięć. A jak nie, no to przynajmniej o dwa. Cóż, na takiego wyglądał, a wokół, jako że słońce od rana zaganiało ludzi do domów, najzwyczajniej nikt się nie kręcił, to i nie miał do kogo zagaić.
„Co tam masz?” — zapytał, po czym zniesmaczył się, gdy zacząłem wkładać książki na przednie siedzenie auta. Nie zrozumiałem jego reakcji. Ruszył z wyjaśnieniem: „Myślałem, że idziesz z nimi do śmietnika”. „Z książkami do śmietnika?” — zdziwiłem się, na co on, na moją reakcję, też się zdziwił, jakby to było normalne, że ludzie tak robią na co dzień. „I tak są po angielsku” — rzuciłem zgodnie z prawdą, w razie gdyby chciał coś pożyczyć (niestety, ale książek nie pożyczam) i odjechałem.
On się pomylił co do mnie i ja co do niego, a to tylko dlatego, że i ja chciałem poczytać, i on — co prowadzi do następującej konkluzji: Jak bardzo co do innych muszą mylić się ci, którzy wynoszą książki na śmietnik?