Miasto jeździ ze mną

Czechy, Praga.
Dzień 12 i 13.
List 11, w którym nadawca zmienia odbiorcę po raz kolejny
Drogi Grabolku,
Po pierwszej nocy Praga się skurczyła. Wydaje nam się, że wszędzie można dojść na piechotę, zresztą tak w istocie jest.
Na początku dnia, na kilka godzin, pochłonęło nas Muzeum Narodowe, te żaby, płazy, mamuty, metrowe kałamarnice, monety, rycerze, posągi, modernistyczne projekcje i wizualizacje — żaden list nie streściłby zawartości muzeum, to i ja oszczędzę sobie tego wysiłku. Co ciekawe, w sali z kamieniami znaleźliśmy meteoryt z Pułtuska, co zmusiło mnie do następującej refleksji: Kiedy Polak wyjedzie za granicę, tam zawsze znajdzie gdzieś krztę polskości, za to my, drogi Grabolku, mamy to szczęście, że gdzie nie pojedziemy, tam nie tylko Polska pojedzie z nami, ale i miasto nasze.
Po wyjściu z przeszłości usiedliśmy na murku, by ruszyć zaraz na Most Karola — to jedna z tych atrakcji, które lepiej podziwiać z daleka, z bliska wydaje się aż nazbyt normalny, co również, jeśli się uprzeć, ma swój urok: z daleka bije magia, ale gdy się podejdzie, magia niezauważenie znika i jawi się jako coś zwyczajnego — czy nie tak działają prawdziwe czary? Obeszliśmy łukiem dzielnicę Malá Strana, mijając muzeum Kaffki (już zamknięte), i wróciliśmy na Stare Miasto mostem Svatopluka Čecha.
Na ten dzień pozostał nam jeszcze obiad przy starówce — z błazeńskim kelnerem, który każdemu bez pytania doliczał do rachunku chleb z masłem. Ale i tak, nie znalazłszy lepszego miejsca, wróciliśmy tam następnego dnia, który z początku nie różnił się od poprzedniego.
Złożyłem wizytę w muzeum Kaffki, sam, z obowiązku. Wiesz, drogi Grabolku, że między mną a pisarzami — jacy by nie byli i skąd by nie byli — zawsze drży pewna nić porozumienia, to i odwiedziłem miejsce przeznaczone Kaffce, choć, jak się pewnie domyślasz, niewielkie można stworzyć muzeum po pisarzu. No bo co można pokazać? Kilka pogniecionych kartek? Niech będzie. Pierwsze wydanie książki? Niech będzie, ale na co to komu, skoro to, co najważniejsze, czyli treść, jest taka sama we wszystkich wydaniach. Długopis, którym pisał? Nawet tego nie można. Rzeźbiarz ma dłuto, malarz pędzel i płótno, za to pisarz nie bardzo ma swoje narzędzie: pisarz wyciąga myśli i lepi je w powietrzu, przyklepując na kartce, żeby nie uciekły.
Później przespacerowaliśmy cały plac Zamku Praskiego. Chodząc tam, można zapomnieć, że jest się na placu zamkowym: największe bowiem wrażenie robi pod względem objętości, ale nie architektury.
Chłopaki, już zmęczeni i po obiedzie, udali się na kwaterę, ja za to skierowałem się do galerii sztuki na starówce, by spotkać się z Andym Warholem, Dalim (tfu!) i nowym kolegą Alfonsem Muchą. Na bilet zabrakło mi jednej korony, ale pani na kasie i tak mnie wpuściła — to były moje ostanie pieniądze! Ostatnie pieniądze wydałem na sztukę — nie wiem, czy być z tego dumny, czy się wstydzić. Niestety większość to były reprinty — nie, „reprinty” to złe słowo, bo te były wykonane w określonej liczbie sztuk przez samych autorów, ale nie mogę przypomnieć sobie lepszego określenia. Jeszcze wczoraj oglądałem oryginalny Sen spowodowany lotem pszczoły, a dziś patrzyłem na replikę — taki mały jest świat.
Gdy wróciłem na kwaterę, chłopaki, którzy planowali iść popływać rowerkiem na Wełtawie, zasnęli. Tego wieczoru przynajmniej nie oglądali tajwańskich dramatów na Netflixie.
Jutro wyjeżdżamy, jutro będziemy już w Polsce.
E.W.