Bogowie robią zdjęcia miastu

Listów z podróży ciąg dalszy.
Barcelona, powrót. Dzień 6 i 7, list 6:
Kochana,
Piszę ten list w samolocie. Pode mną rozciąga się Barcelona, a gdzieś w oddali, w chmurach, co i raz rozchodzi się błysk, jakby bogowie z zazdrości robili zdjęcia miastu, którego sami nie potrafili zbudować i musiał zrobić to człowiek. Przede mną siedzi dwoje dzieci, jedno mówi do mamy po polsku, drugie po hiszpańsku (to mówiące po hiszpańsku właśnie powiedziało, że chce na urodziny piñatę w tęczę i tort w biedronki) i wszyscy się rozumieją — zawsze mnie to będzie zadziwiać.
Długo mógłbym wymieniać, czego nienawidzę w samolotach: mogłyby być narzędziem do ćwiczenia cierpliwości, gdy kołują w nieskończoność przed startem. No i znikają też bez powodu, a potem ktoś musi o tym kręcić serial. Kiedyś napiszę powieść, która będzie działa się na pokładzie ogromnego airbusa. I tak, będzie to horror.
Wczoraj zaszedłem tylko do Boquería, do ryneczku pod dachem, żeby coś zjeść, a raczej posmakować, bo więcej tam rzeczy do przyrządzenia niż tych gotowych. Wziąłem stożek z szynką iberyjską i serem i popiłem sokiem z arbuza. Wyciskany sok z arbuza chyba nie bardzo nadaje się do picia — jest mdły. Resztę dnia spędziłem na plaży w strachu, że spalę się już do końca.
Tego dnia niewiele się wydarzyło, oprócz tego, że idąc po ulicy, nieopodal mnie fajtnęła na chodnik starsza pani: nie wiem, czy z gorącą, czy się poślizgnęła, ale najważniejsze, że zbiegło się mnóstwo osób i każdy chciał jej pomóc. Ciekawi mnie, jaka byłaby reakcja w Polsce: raczej, tak jak Szopenhauer, wszyscy pomyśleliby, że starucha padła, to i koniec ciężaru dla społeczeństwa.
Na dziś zaplanowałem tylko odwiedzić park Güell, bo jest obok mojego hotelu. Musiałem się trochę powspinać, ale… właśnie, nie było warto. Stanąwszy w kolejce po bilety, o godzinie 12, dowiedziałem się, że na ten moment wszystkie zostały wyprzedane. A miałem tam spędzić większość dnia. No cóż, jeszcze będzie okazja. Do Barcelony wraca się jak do rodziny.
Chciałbym móc napisać, że kończąc ten list, na niebie błyszczy biało-czerwony księżyc i jestem w Polsce. Ale przede mną niestety jeszcze długa podróż, podczas której mogę czytać jedynie gazetę. W samolocie na niczym nie można się skupić, szczególnie kiedy nad uchem krzyczy (ukraińskie lub rosyjskie) dziecko, a pasażer obok nieustannie gwiżdże nosem. Gość w rzędzie po drugiej stronie opowiada stewartowi historię życia, mówi o córkach i synach i kupuje perfumy.
Załoga namawia mnie do gry w zdrapki. Niestety nie zagram: jeśliby mi się poszczęściło, bałbym się, że nie wystarczy mi szczęścia, by dolecieć do Polski — a lepiej wrócić do domu, niż nigdy nie zawitać do nowej willi z basenem.
E.W.