Emilian Wojnowski
← Wróć do bloga

Ukradł mi całą torbę książek!

Przez kolejne tygodnie będą pojawiać się tu listy, które są relacją z podróży do miejsc, do których w te wakacje zagnał mnie los.

List 2:

Kochana,

Na śniadanie zaserwowałem sobie zimny prysznic i bułkę z czekoladą — jej nazwy nie pamiętam, tak jak reszty słów po katalońsku, które napotykam na mijanych budynkach czy w kartach dań. Ich znaczenia mogę się jedynie domyślać. I tak fascynującym jest, że można z nich cokolwiek zrozumieć, mimo że język ten nie wyrósł z hiszpańskiego i bliżej mu do francuskiego.

Idąc przed siebie, zaszedłem pod Casa Milá, który wygląda jak nieco rozpuszczony, i usiadłem na ławce tuż przed nim. Drzewa wzdłuż ulicy mają tam korę jak mundur wojskowy — dosłownie. Ludzie sunęli po chodniku jak po szachownicy: szli, zatrzymywali się, szli dalej. Mam nadzieję, że Gaudi tak go zaprojektował, a nie, że linie w jego wyobrażeniu były proste, a wyszły, za sprawą szukania inspiracji w potępianych przez nas źródłach, wcale nie takie proste.

Po drugiej stronie skrzyżowania znajduje się Casa Batlló. Nie wchodziłem do środka. Mógłbym, ale byłoby to głupotą. Ceny za bilet to książkowy przykład cholernego gatekeepingu. Gdyby były tańsze, zarobiliby więcej, a tak nawet nie było tam kolejki. Zresztą, skoro Gaudi był architektem, to to, co najważniejsze, można zobaczyć z zewnątrz — tak to sobie przynajmniej wytłumaczyłem.

Przemierzając Barcelonę, zatrzymałem się na Placu Katalońskim. Wiesz, ile tam gołębi? Chyba z wdzięczności za dokarmienie nie srają na plac, wokół którego leży tyle piór, że wystarczyłoby mi ich na napisanie co najmniej siedmiu tomów listów do ciebie.

W Muzeum Picassa więcej było szkiców jego prac niż samych obrazów. Nie ma tam żadnego z jego najważniejszych dzieł, a największe wrażenie robią te, które namalował w wieku nastoletnim. Większość jednak jest kubistyczna i wchodzi w skład serii Las Meninas. Jak można namalować prawie 60 takich samych obrazów? Musisz mi w końcu pokazać swoje. Mogłyby ozdobić ściany niejednego muzeum z równie wielką gracją.

Przeliczyłem się, wchodząc do Santa Caterina Market. Więcej tam surowych produktów i nie bardzo można coś wziąć od razu do jedzenia. Za to wybór jest: ryby, jaja, co tylko. Zdrowie na zdrowiu leży. Z pewnością nawet Ty wybrałabyś coś dla siebie.

Kierując się do Arco de Triunfo, wyczułem, że w pobliżu są książki. I nie myliłem się. Ktoś zostawił je w torbie przy śmietniku. Już miałem po nie iść, bo rzadko kiedy trafia się za darmo książka po hiszpańsku, ale zjawił się jakiś gość i mi je zapieprzył! Jakie szczęście trzeba mieć, by znaleźć torbę darmowych książek po hiszpańsku, a zarazem jakiego pecha, by ktoś ci je zawinął sprzed nosa? Zaraz jednak — przez majestat Arco de Triunfo — i przez papugi, które tam latały, zielonkawe jak ulepione z miętusów — zapomniałem o tej sytuacji.

Na koniec, już po tym, jak usiadłem w porcie, zaszedłem na plażę. Plaże wcale mnie nie interesują, ale głupio byłoby się nie przepłynąć — w końcu to Barceloneta, no i z wody człowiek wyszedł i z wody jest, to i do wody zawsze chętnie wejdzie, szczególnie w tak słoneczny dzień. Długo się zastanawiałem, nim zanurzyłem głowę, ze względu na słoną wodę. Poczekałem, aż sam wyschnę, i obmyłem pod prysznicem nogi z piachu. Wokół biegały małe czarnoskóre dzieci i trochę się na mnie pogniewały, że unoszę wyżej swą biała stopę i że to najpierw mnie opłukuje woda.

Pisząc ostatnie zdanie tego listu, jest już 22 i wiem, co u ciebie. Obyś szybko wyzdrowiała. I oby tylko z moim samolotem nie było tak, jak z tym, o którym teraz oglądasz serial. Niedługo się zobaczymy.

E.W.