Bomba na banie

Boks raz przychodzi do mnie, innym razem ja do niego. Boję się, że w końcu się na mnie pogniewa, tak porządnie, i pójdzie sobie, a ja nigdy go nie znajdę i rękawice będę musiał permanentnie odwiesić na kołek.
Na początku ja przyszedłem do boksu. Od pierwszych uderzeń w worek, nie wliczając w to przerw, minęło już dziesięć lat. Nigdy bym nie pomyślał, że ta sztuka walki przyklei się do mnie na tak długo. To jakieś niecałe dwa tysiące godzin. Wyznając zasadę dziesięciu tysięcy godzin, można uznać, że w niemal dwudziestu procentach stałem się w tej dziedzinie zawodowcem.
Wcześniej tego sportu nie brałem pod uwagę. Wielbiłem się w filmach o sztukach walki z dalekiego wschodu i boks najzwyczajniej wydawał mi się nudny. Same ręce, sześć ciosów — nic ciekawego. Ale jednak trenowałem, zacząłem oglądać walki i podziwiać bokserów, a inne sztuki walki przestały mnie zupełnie ciekawić. Spodobało mi się, kiedy odkryłem, jaka siła drzemie w pięści, i to, że można kogoś unieszkodliwić jednym dotknięciem, jeśli tylko wie się, jak to zrobić. Okazało się, że w grę wchodzi więcej niż sześć ciosów, a sam sport może nauczyć więcej niż wymachiwania łapami: przede wszystkim pokory, szacunku do przeciwnika — bo nigdy nie wiesz, kiedy sam zostaniesz usadzony jednym machnięciem z pozoru nieszkodliwej piąchy — i wytrwałości, która pozwala zacisnąć zęby i zrobić coś pomimo bólu i pomimo, powiem szczerze, nieodpartej chęci zesrania się z wysiłku w gacie. Dodatkowo po tym, jak nie raz mi przyszło skrzyżować rękawice z kimś wyższym i cięższym o dwadzieścia kilo, nabrałem pewności siebie. Dzięki Bogu, że nie jestem wyższy ani masywniejszy i że aspiruję na stoika — w innym przypadku pewnie musiałbym wszystkim rozkwaszać nosy. I całe szczęście, że wzajemne okładanie się ciosami w jakiś dziwny sposób — sposób zupełnie niezrozumiały dla postronnych, sposób, którego nie jest w stanie wyjaśnić nikt, kto boksuje — przekonuje do siebie ludzi, a nie czyni ich wrogami, bo z żadnym z moich kolegów z salki nie chciałbym stoczyć walki na ulicy.
Pierwszą dłuższą przerwę miałem, kiedy mój pierwszy i najprawdziwszy Trener musiał zmienić pracę, żeby wyżywić rodzinę. Trener odszedł ze świata boksu, a boks poszedł sobie z nim. Ale ja musiałem boksować. Znalazłem więc innego trenera, ale ten uczył innego boksu — boksu, z którym pogniewałem się dość szybko. Znów nastała przerwa. Potem boks przyszedł do mnie, niemal pod sam dom. Trenowałem, trenowałem, z początku uradowany, że mam taką możliwość, ale nie bardzo mogłem połączyć treningi z intensywnym trybem życia, jaki prowadziłem. Niesłusznie za to pogniewałem się na boks i zrobiłem sobie przerwę.
Ostatnio dowiedziałem się, że boks przenosi się na drugi koniec miasta. Na ten moment jestem na boks pogniewany i nie chcę uprawiać tego sportu, już dosyć mam tego wysiłku, walenia po łepetynie i najchętniej przerzuciłbym się na jakiegoś squasha. Tylko boję się teraz, że jak nie pójdę na trening, to boks zawędruje sobie gdzieś jeszcze dalej, a ja, kiedy się na niego odgniewam, już nigdy nie założę rękawic. Jak w takim razie, kiedy się z boksem już przeproszę, będę przypominał sobie o wartościach, jakie ukształtowały się we mnie przez ostatnie dziesięć lat?